„Wyspa była oddalona od Aten o osiem olśniewających godzin na małym parowcu, sześć mil od wybrzeży Peloponezu, pośród krajobrazu, który równie głęboko zapadał w pamięć, jak sama wyspa; na północ i na zachód sięgło ramię gór, a ona leżała w jego wygięciu; na wschodzie w oddali majaczyły łagodne wzgórza archipelagu; na południe miękka, błękitna pustynia Morza Egejskiego ciągnęła się aż po Kretę. Wyspa była piękna. Nie można było użyć innego przymiotnika, nie można było jej nazwać malowniczą, czarującą, ładną – była po prostu i bez wysiłku piękna. Kiedy ją zobaczyłem po raz pierwszy, zaparło mi dech, unosiła się na wodzie jak majestatyczny, czarny wieloryb na tle ametystowego wieczornego morza, tuż nad nią świeciła Wenus; do dziś zapiera mi dech, gdy zamykam oczy i wyobrażam ją sobie. Nawet na Morzu Egejskim jej uroda jest czymś wyjątkowym, gdyż na wzgórzach rosły pinie, śródziemnomorskie pinie o igłach tak lekkich jak pióra dzwońca. Dziewięć dziesiątych wyspy stanowiła nie zamieszkana, nieuprawiana ziemia: pinie, zatoczki, cisza i morze. W północno-zachodni kąt wciśnięta była malownicza miejscowość; śnieżnobiałe domki wokół dwóch maleńkich portów.”
„Mag”
John Fowles

Kiedy miałam dwadzieścia lat, wspólnie z przyjaciółmi odkryliśmy powieść Mag, autorstwa angielskiego pisarza Johna Fowlesa. Zafascynował nas swoimi wcześniejszymi książkami, chociażby Hebanową wieżą czy zekranizowaną z wielkim sukcesem Kochanicą Francuza. Ale dopiero arcydzieło literatury światowej czyli Mag pokazał nam, co Fowles naprawdę potrafi.

Od momentu przeczytania tej pozycji, stosując się do przysłowia, że książka, którą nie warto czytać drugi i trzeci raz, nie jest godną poznania, wielokrotnie wracałam do mojego Maga. Z czasem okazało się, że główne miejsce akcji – grecka wyspa Phraxos – istnieje naprawdę i nazywa się Spetses! Wyobrażałam sobie, że mieszkający tu ludzie – podobnie jak przed półwieczem – wciąż spędzają letnie dni na wybrzeżu, słuchając muzyki cykad, a podczas słonecznych, popołudniowych godzin układają się do snu gdzieś pomiędzy drzewami, spływającymi łagodnie w stronę morza.

Przez lata nosiłam w sobie pragnienie, aby doświadczyć Grecji, którą zasmakował Fowles, dotrzeć do miejsc, które sam odwiedził. Ale to były tylko odległe marzenia. Pozostawał więc Mag, który odkrywany był ciągle na nowo, nie tylko w kontekście zadawanych pytań o życie, jego sens czy wolność, ale również w kwestii dotyczącej samej przestrzeni, w której toczy się ta niezwykła historia.

fot. Mimika Xidarakou / Pinterest

Mieszkając dziś w Grecji mam książkę ze sobą i często otwieram ją na przypadkowym wątku. Na nowo wchodzę w dzieje, które i tak znam na pamięć i znów wybieram się na wyspę Phraxos – w rzeczywistości wyspę Spetses, na której w latach 1951 i 1952 autor przebywał i w prywatnej szkole uczył języka angielskiego.

W swej przedmowie do książki Fowles pisał: „Wyjąwszy zamieszkany zakątek wyspy, cała Spetsai znajdowała się we władaniu duchów, subtelniejszych jednak – i piękniejszych – od tych, które sam stworzyłem. Cisza jej sosnowych lasów była naprawdę nieziemska, niepodobna do niczego, co przeżyłem gdziekolwiek indziej: niby na zawsze nie zapisana stronica, czekająca na słowo lub nutę. Cisza owa budziła osobliwe poczucie bezczasowości i rodzącego się mitu. To tutaj właśnie, ze wszystkich innych miejsc, jakiekolwiek zdarzenie było najmniej prawdopodobne, a zarazem coś jakby nieustannie wisiało w powietrzu…”
Czy znajdziemy dziś na Spetses aurę, opisywaną przez Fowelsa? I co ja sama – w miejsce wszystkich wielkich nieobecnych – mogę powiedzieć i napisać o tej wyspie, wiedząc, że próbuję stawać w szranki z najlepszymi? „Tylko najwyższej miary artysta potrafi stworzyć rzecz wartościową pośród tych najczystszych, najbardziej harmonijnych krajobrazów na kuli ziemskiej, zwłaszcza, jeśli uprzytamnia sobie, że jedynych ludzi, którzy mogliby się z nim mierzyć bezpowrotnie zabrał czas.” (Przedmowa John Fowles)
Jednak spróbuje.

Kiedy planowaliśmy wolne dni, chcieliśmy odnaleźć miejsce bez turystów i blichtru zachodnich wpływów. I jeszcze żeby nie było położone daleko od greckiej stolicy, bo za mało czasu na poświęcenie go całodziennym podróżom. Kiedy próbowałam wskazać dogodną przestrzeń, szukając odpowiedzi pośród opasłych przewodników i książek o Grecji, mrugał do mnie… Mag. Tak! Spetses! W końcu! Od kiedy mieszkam w tej szerokości, ciągle chciałam tam pojechać, ale jakoś nie szanowałam wyspy jako destynacji na wypoczynek. Zawsze była za blisko, za mało egzotyczna, położona „zaledwie” w Archipelagu Sarońskim, a nie na przykład Cykladzkim, przez to wydawała się być banalna i pozbawiona atrakcji. I tak w czasie prywatnym jeździłam wszędzie, tylko nie tam. Owszem, raz stanęłam na Spetses, ale zaledwie na kilka godzin, ale to zupełnie nie to samo, co poświęcenie temu miejscu przynajmniej trzech dni.

Spetses rozkochało nas w sobie od pierwszego kontaktu. Od pierwszej chwili. To taka miłość od pierwszego wejrzenia, o której wszyscy czytają, ale nikt w nią nie wierzy. Kiedy późnym popołudniem podjechaliśmy do wioski Kosta, leżącej we wschodniej części Peloponezu zaledwie dwie i pół godziny od Aten, wyspa zaczynała się stroić w swe najciekawsze światła i kolory. Zbliżał się wieczór i na wyspiarskim nabrzeżu portowego miasteczka, oddalonego zaledwie kwadrans od półwyspu, już powoli zapalał się blask w oknach i rozświetlały tawerny, kawiarnie i sklepy.

fot. ferryconnection.com

Ponieważ na wyspę nie powinniśmy zabierać samochodów, pojazd został na parkingu w Kosta, a my – po wyjściu na ląd Spetses – rozejrzeliśmy się za możliwością transportu. Mamy tu do dyspozycji rowery i motory lub własne nogi – te trzy rodzaje podróżowania pozwalają poznać Spetses, a dodatkowo w porcie czeka jeszcze ponad 30 konnych bryczek.

Sympatyczny i serdeczny właściciel wypożyczalni, nie dość, że wskazał najlepszy swój pojazd, to jeszcze poproszony o pomoc zadzwonił do kuzynki, która oddała nam śliczny pokój i wspaniały taras widokowy, z krajobrazem na port, morze, Peloponez. Tak szybko? Niecałe pół godziny potrzebowaliśmy aby zamieszkać na wyspie. Tak sprawnie? Raz jeszcze poczułam, że polubię Spetses.

Kiedy po raz pierwszy spoglądamy na nabrzeżną zabudowę, duże wrażenie pozostawiają szeregi zadbanych, jasnych domów i posiadłości, ulokowanych wzdłuż linii portu. Teren ten nazywa się Dapia i jest to serce Spetses, w którym odnajdziemy wiele kawiarni, tawern i sklepów, a także właścicieli bryczek, czekających ze swoimi pojazdami na gości. Tutaj także znajduje się największa ilość pokoi i apartamentów do wynajęcia oraz parę hoteli.

W czasach starożytnych wyspa nosiła nazwę Pityoussa (co oznaczało „pełna sosen”) i do dziś dnia można zauważyć tu spore ilości tych pięknych drzew, pokrywające każdą nabrzeżną, niezabudowaną przestrzeń. Niestety, jakiś czas temu wielki pożar zdołał strawić część wspaniałych lasów. Narazie nikt nie kwapi się do zagospodarowania zniszczonej przestrzeni, a pokonanie tej trasy to zdecydowanie mało ciekawe doświadczenie.

Ponieważ miasto Spetses, składające się z Dapii i Starego Portu, jest nie tylko stolicą, ale i jedyną miejscowością na wyspie, przemysł turystyczny nie zdołał rozwinąć się tu na szeroką skalę. Owszem, goście są i bardzo dobrze, ale częściej spotkać tu można samych Greków, niż Francuzów, Polaków czy Brytyjczyków. I miejmy nadzieję, że Spetses pozostanie spokojną, senną krainą, którą tak łatwo pokochać od pierwszego spojrzenia!

W stolicy goście mieszkają, spacerują i żywią się, natomiast wypoczywają na plażach, okalających wyspę ze wszystkich stron. Spetses jest niewielkie, gdyż potrzeba zaledwie półtorej godziny jazdy skuterem, aby objechać tę krainę dookoła. Po drodze znajdziemy wiele pięknych terenów z zorganizowanym zapleczem sanitarno-gastronomicznym, na których można spędzać całe dnie. Warto poznać Agia Marina, Agia Paraskievi, Ag. Anargiroi, Vrellos, Ligineri. Ja szczególnie polecam położoną w północnej części Ziogerię, do której dojazd prowadzi przez półtora kilometra leśnej ścieżki. Na miejscu zastaniemy wspaniałą zatokę i wspaniała plażę. Natomiast w malutkiej, zacienionej sosnami tawernie – wspaniałe jedzenie w formie skromnego, ale wyjątkowo świeżego i smacznego menu.

fot. greekboston.com

Jeśli nie chcemy korzystać ze skuterów, na plaże można dostać się za pomocą niewielkich stateczków. Za symboliczną sumę łódki podwiozą nas i zabiorą w godzinach popołudniowych, dopływając między innymi do Ag Paraskievi i Ag Anargiroi. Pomimo, że sama byłam w lipcu, a więc podczas wysokiego sezonu, plaże były spokojne, a w godzinach popołudniowych – niemalże zupełnie puste.

Szukając na wyspie śladów obecności Fowlesa, powinniśmy stanąć twarzą zwróconą do wybudowanego 1914 roku hotelu „Posseidonion”, ufundowanego przez lokalnego mieszkańca Sotirisa Argirosa. I chociaż angielskiemu pisarzowi gmach nie przypadł do gustu, dziś jest to jeden z ważniejszych zabytków Spetses. Fundator tej zabudowy, wyjechawszy w młodym wieku do Ameryki, zdobył wielki majątek, a następnie powrócił do domu i wielokrotnie pomagał swej wyspie. Argiros był także sponsorem gmachu szkoły, oddalonej piętnaście minut spaceru od hotelu. Schowany w parku sosnowym neoklasyczny budynek, ukończony w 1927 roku, miał był męskim kolegium, w którym Fowles pełnił funkcje nauczyciela. O samej instytucji pisarz wspominał również w swej powieści. Szkoła była czynna przez wiele dekad; obecnie jednak trudno zgadnąć, jaki będzie jej los. Tymczasem spacerując wzdłuż wybrzeża można jedynie z daleka podziwiać ciekawą architekturę, otoczoną wspaniale pachnącymi sosnami śródziemnomorskimi czyli piniami.

fot. nouvelobs.com

Zostawiając zamkniętą szkołę, która niedługo będzie świętować 100 lat swego istnienia, możemy przespacerować się jeszcze kwadrans i dotrzemy do plaży Ligineri – perfekcyjnego miejsca kąpieli w kryształowo czystym morzu i opalania w greckim słońcu.

Najlepszy czas na zwiedzanie samej stolicy to godziny popołudniowe, kiedy znikające słońce pozwala na dłuższe spacery. Warto oddalić się od portu i zagubić w wyższych partiach miasteczka. Urzekną nas wspaniałe girlandy kwiatów, które ozdabiają ogrody i domostwa. W wąskich uliczkach, w których ciasno przylegają do siebie budynki, z pewnością nie zmieszczą się żadne pojazdy czterokołowe; nic więc dziwnego, że mieszkańcy nie zawracają sobie nimi głowy. Tutaj samochody są nieproszone.

Podczas spaceru mijamy nie tylko piękne rośliny i malownicze wille, ale i szereg większych i mniejszych świątyń prawosławnych. Przechodząc obok swych kościołów mieszkańcy – młodsi i starsi – z szacunkiem odwracają głowy w stronę krzyża i żegnają się nabożnie. Do części budowli można zaglądnąć tylko w godzinach porannych, inne są otwarte także wieczorem. Warto odszukać kościół Panagia Daskalaki (20 minut lekkiej wspinaczki); z tutejszego dziedzińca roztaczają się wspaniałe widoki na Spetses, pobliski Peloponez oraz wyspę Hydra. Jesteśmy na terenie dzielnicy Kastelli – spokojnej, starej części stolicy, w której rzadko kiedy pojawiają się turyści.

Po zachodzie słońca warto zatrzymać się w jednej z niewielkich tawern, malowniczo ulokowanych na nabrzeżu. Podają tu – w zupełnie rozsądnych cenach – kuchnię grecką, w tym rozmaite specjały prosto z morza. Dookoła nas usłyszymy przede wszystkim głosy Greków, a ich obecność w lokalach gastronomicznych to znak, że tu naprawdę dobrze karmią. Mieszkańcy wyspy nie są zmanierowani obecnością turystów, co to o nich dobrze świadczy oraz wpływa korzystnie na nasze portfele. Jeśli ktoś poszukuje plaż, gdzie nie można rozłożyć chusteczki do nosa, nie wspominając o ręczniku, to niech omija Spetses z daleka. Nie kupujmy również biletów na prom w tym kierunku, jeśli szukamy głośnych, dudniących muzyką wieczorów. Wyspa pozostaje krainą pozwalającą prawdziwie wypocząć, a panujące tu spokojne, egejskie klimaty rzeczywiście są spełnieniem mojej wizji poznania Grecji Fowlesa.

fot. travelstyle.gr

Po posiłku najlepszym pomysłem będzie spacer do Starego Portu. Powędrujemy wzdłuż bulwaru, ozdobionego imponującymi posiadłościami i sporą ilością armat, które w XIX-tym wieku miały bronić mieszkańców w wojnie wyzwoleńczej. Wszelki ruch motocykli, skuterów i rowerów jest w godzinach wieczornych zabroniony. Można więc spacerować do woli, mijając kołysające się na morzu kutry rybackie i małe statki, pełniące rolę taxi (one także dowożą nas do plaż lub na drugą stronę zatoki do wybrzeży Peloponezu).

Następnego dnia raz jeszcze udajemy się na przejażdżkę dookoła Spetses. Porośnięta wspaniałą zielenią wyspa wydaje się być zupełnie pusta. Rzadko kiedy mijają nas skutery, o samochodach nie wspominając. Przed nami wspaniałe widoki na zatokę i sąsiednią Spetsopoulę, która należy do słynnej rodziny greckiego miliardera Niarchosa – odwiecznego rywala Arystotelesa Onassisa. Dookoła nas miliony cykad, wygrywających grecką melodię lata.

Wyspa mnie nie zawiodła. Wręcz odwrotnie – cudownie oczarowała. Już wiem, dlaczego tak długo czekałam, aby ją poznać. Bo czekanie na coś wspaniałego jest przyjemnością samą w sobie. Wprawdzie nie zdążyłam dojechać do wszystkich plaż, ale już obiecałam sobie powrót na Spetses położonego „z dala od zamieszkanych okolic…gdzie istotnie tłoczno. Tu lasy sosnowe pozostają nadal tajemnicze.” (J Fowles).
Kto wie, może i Ty przypłyniesz tu ze swoim Magiem?

Katarzyna Jakielaszek

fot. nouvelobs.com