Czasem wydaje nam się, że widzieliśmy już wiele dobry filmów. Dla osób lubujących się w filmach akcji, dramatach, filmach kryminalnych czy horrorach to często fikcja odgrywa znacząca rolę przy układaniu scenariusza i dziejów poszczególnych bohaterów.

Okazuje się jednak i zapewne nie pierwszy raz, że to życie jest jednak najlepszym autorem scenariuszy. Często bywają one piękne, radosne i romantyczne. Równie często jednak spotykamy się z opowieściami mrożącymi krew w żyłach, które są praktycznie irracjonalne i ciężko jest sobie wyobrazić, że taka sytuacja mogła mieć miejsce w prawdziwej rzeczywistości.

Dzisiaj chcemy jednak zaprezentować historię, która w mediach pojawia się już od wielu lat, a które wstrząsnęła opinią publiczną i do dziś wywołuje przerażenie, lęk i smutek. Historia ta jednak wydarzyła się naprawdę i odegrał tutaj znaczącą rolę pewien grecki statek.

Zaczynając jednak owa opowieść musimy przenieść się do roku 1961. Marzeniem Arthura Duperraulta było spędzenie roku na morzu, podróżując z jednej wyspy na drugą. W wieku czterdziestu lat optometrysta z Wisconsin wreszcie zdecydował się na realizację swoich marzeń. Chcąc poznać tajniki morskiego życia zdecydował się na tygodniowy rejs, wraz ze swoją rodziną. Zatem zabrał ze sobą swoją żonę Jean i ich troje małych dzieci o imionach: Brian, Terry Jo i Rene. Swoją podróż życia rozpocząć mieli na żaglówce Blubelle, która stacjonowała na Florydzie. Tam tez, wybrali kierunek: Bahamy.

Naturalnie ojciec rodziny nie zdecydował się na samodzielnie kierowania zagłówka i w celu wsparcia wynajął osobę doświadczoną. Był nim żeglarz i były pilot myśliwca Sił Powietrznych – Julian Harvey. Żona Juliana, Mary Dene, również zdecydowała się wziąć udział w wycieczce. Obie rodziny wyruszyły w ekscytującą podróż.

Zapowiadał się zatem bardzo udany eksperyment tygodnia spędzonego na morzu. Początkowo wszystko odbywało się zgodnie z planem, w atmosferze przyjaźni, zachwytu, odprężenia i relaksu.

Niestety sielankę tę przerwały tragiczne wydarzenia. Pewnego dnia jedenastoletnia córka Arthura obudziła się z powodu dziwnego wdzięku, który dobiegał z pokładu. Potem wydarzenia podziały się bardzo szybko. Stała się ona świadkiem morderstwa, którego dopuścił się wynajęty przez jej ojca kapitan. Pozostawił on dziewczynkę na tonącej żaglówce małą dziewczynkę wraz z jej martwymi rodzicami i rodzeństwem. Łódka zaczęła tonąć. Zadowolony Julian odpłynął, nie odwracając się do tyłu. Na pastwę losu pozostawiając osierocone dziecko.

Mijają godziny… Cieśnina Florydzka, marynarze greckiego frachtowca Captain Theo dostrzegają tratwę z dziewczynką na morzu. Jedenastoletnia Terry Jo Duperreault dryfuje od czterech dni, jest skrajnie odwodniona, ma oparzenia od słońca i wysoką gorączkę.

Captain Theo był to amerykański lotniskowiec eskortowy. Został uruchomiony pod amerykańską flagą 20 czerwca 1942. Następnie wykupiony przez Wielka Brytanię. Trafił wreszcie w ręce greckiej marynarki wojennej w roku 1952 i został tam nazwany jako Kapitan Theo. Pod władaniem greckim przebywał do roku 1966. Tam głównie wykorzystywany był do celów handlowych i przewozowych. Następnie został sprzedany do sił Tajwanu.

Pomimo wielu kłamstw udzielanych przez kapitana – uciekiniera prawdziwa historia ujrzała światło dzienne. Kiedy kapitan dowiedział się, ze ocalała mała dziewczynka postanowił popełnić samobójstwo. Jego wersja o szkwale i pożarze na pokładzie jachtu w wyniku rozszczelnienia butli z gazem jest już nie do utrzymania. Okazuje się, że rodzice dziewczynki byli przypadkowymi ofiarami. Kapitanowi zależało na uśmierceniu swojej żony – aby uzyskać środki z ubezpieczenia.

Arthur nazwał tę podróż „wakacjami jedynymi w swoim rodzaju” i rzeczywiście takie były. Nikt bowiem nie spodziewał się tak przykrych konsekwencji i tragedii, która zabrała tyle osób, osierocając jedenastolatkę.