Polonorama

Ryszard Kapuściński. Reporter świata

„Przez większość życia mogłem robić mniej więcej to, co mnie interesowało. Niewiele osób miało takie szczęście” – mawiał Ryszard Kapuściński (+ 2007), jeden z największych reportażystów XX wieku. Z tego „szczęścia” korzystają miliony jego czytelników na całym świecie do dziś. Właśnie mija 95 rocznica urodzin pisarza.
„Pan nasz zasiadał na tronie i kiedy już usiadł, podsuwałem mu poduszkę pod nogi. Ta czynność musiała być wykonana błyskawicznie, aby nie powstał moment, w którym nogi dostojnego monarchy zawisłyby w powietrzu” – na takie zdanie natknął się pewien angielski wydawca. Nie miał zamiaru czytać maszynopisu nieznanego reportera z komunistycznej Polski o dawno przebrzmiałym upadku cesarza Hajle Sellasiego z Etiopii, jednego z najbiedniejszych krajów Afryki. Czekając na rozpoczęcie zebrania zerknął tylko na pierwszą stronę maszynopisu. Ale kiedy doczytał ją do końca, wpadł na zebranie zarządu i oświadczył, że teraz będą się zajmować tylko jednym: jak najszybszym wydaniem książki niejakiego pana Kapuścińskiego. „Cesarz” (1978) głosami dworaków opowiadał o wzlocie i upadku operetkowego reżimu w zakątku Afryki, ale też o mechanizmach napędzających każdą dyktaturę. Polacy byli przekonani, że reporter demaskuje ekipę Edwarda Gierka, a Brytyjczycy, że to pamflet wymierzony w Margaret Thatcher. Do dziś „Cesarza” można kupić nie tylko w księgarniach, ale w supermarketach i portach lotniczych całego świata.

„Ćwiczenia pamięci”

Do pozycji jednego z najwybitniejszych reportażystów XX wieku Ryszard Kapuściński dochodził długo i nieustępliwie. Pochodził z Pińska na Polesiu, z regionu największych bagien i największej nędzy ówczesnej Europy. Wspominał, że miejscowi byli tak biedni, że nie tylko nie mieli noży, którymi mogli pokroić strawę, ale wielu z nich nie znało nawet pojęcia noża. Zjadali to, co urodziła ziemia albo co zerwali z krzaka. I na takim terenie przed wojną rodzice Ryszarda podjęli misjonarski trud uczenia dzieci czytania i pisania. Kapuściński z dumą wspominał, że jego ojciec przez 47 lat pracy ani razu nie spóźnił się na lekcję. Przejął po ojcu tę systematyczność i gorliwość. Nie zawsze z dobrym skutkiem. Jak mu – po skończeniu szkoły dziennikarskiej – kazali jechać do Nowej Huty i pisać o „mieście, który rośnie tak szybko, jak zboże”, to jechał i pisał. A i wierszyk okolicznościowy o Dzierżyńskim też mu się zdarzyło kropnąć. Po wielu latach – pół żartem – spytałem pana Ryszarda o te stare sprawy. Spłonił się jak dzieciak. „Bardzo się tego wstydzę…” – dodał.

Z tym, że młody reporter szybko zorientował się, iż potulne wykonywanie poleceń różnych redaktorów naczelnych to droga donikąd. Trzeba raczej „wnikać w teren”, obserwować i zapisywać to, co niesie życie. Ot, redakcja „Sztandaru Młodych” wysyła go do śląskiej kopalni, żeby napisał krzepiący reportaż o pracy górnika. Na miejscu wynikła jednak taka sprawa, że górnika zabiło na przodku. Trzeba zawieźć nieboszczyka w zakładowej trumnie aż gdzieś w Olsztyńskie, bo stamtąd pochodził. Z tym, że zabrakło jednego do niesienia trumny. Kapuściński się nie namyślał. Zgłosił się, pojechał z trumną. Kiedy zepsuł się samochód, trumnę trzeba było nieść nocą przez las. Górnicy usiedli, by odpocząć, a tu wiejskie dziewczyny idą na zabawę. Więc górnicy zagadują, flirtują. A trumnę pospiesznie przykrywają gałęziami, żeby zmarły kolega nie przeszkadzał w „podrywie”. Kapuściński patrzy, obserwuje, notuje w pamięci. I już wie, że to jest to. Trzeba raz na zawsze dać sobie spokój z publicystycznymi kalkami. Dobry reporter pozwala się zaskakiwać sytuacji, a potem wyciągać z niej esencję. Z olsztyńskich lasów przywiózł reportaż o przeplataniu się życia i śmierci w dniu powszednim polskiej prowincji. Reportaż pod tytułem „Sztywny” do dziś uchodzi za jeden z najwybitniejszych tekstów dziennikarskich, jakie napisano po polsku.

„Wrzenie świata”

Inny tekst, nie mniej wybitny, zatytułował Kapuściński „Busz po polsku”. Rzecz wzięła się stąd, iż młody, zdolny dziennikarz dostał propozycję objęcia funkcji korespondenta zagranicznego. Do wyboru: Szwajcaria lub Kongo. Bogaty Zachód lub nędzna Afryka. Chłopakowi z Polesia bliżej było do Afryki. Tam zobaczył swoją reporterską szansę. Afryka na początku lat 60. stawała na progu wielkiego przebudzenia. Kapuściński błyskawicznie zaraził się tym entuzjazmem. Na krótko. Bo w dopiero co wyzwolonych krajach od razu do władzy dorwali się krwawi dyktatorzy. A Związek Radziecki i Stany Zjednoczone wydawały ogromne sumy na zbrojenia zamiast na skromną bodaj pomoc żywnościową. Jedynym jako tako zaawansowanym produktem technicznym, który z sukcesem wyeksportowano do Afryki, był karabin „kałasznikow”. I zamiast rzeki pieniędzy popłynęła tam rzeka krwi.

A sam Kapuściński? Siedział gdzieś w głębi afrykańskiego buszu przy ognisku. Gospodarze z miejscowej wioski podejmowali przybysza „czym chata bogata”, ale byli też ciekawi, jak się żyje w jego ojczystym kraju. I reporter przyłapuje się na tym, że Polska jest nieprzetłumaczalna. Układa więc opowieść z fragmentów, które dla Afrykańczyków muszą być kompletnie niezrozumiałe: „Towarzysze, łuny i gwiazdy, bo Śląsk, piece, sierpień, siedemdziesiąt stopni przy piecach, tropik, nasza Afryka, czarna i gorąca, gorąca kiełbasa, dlaczego podajecie zimną, chwileczkę, kolega, czy kolega wstąpi…”. Tak wyglądał nasz „Busz po polsku”. „Ale co miałem mówić? – pytał po latach. Dwa światy, które się nigdzie nie stykają. Partery. Trzeba tam żyć, żeby się potem o nich wymądrzać. Słowa są niepojęte, jeśli nie przeżyło się tego, co one opisują. Jeśli to nie przedostało się do krwi.”

W trakcie 27. rewolucji, które obserwował, Kapuściński cztery razy miał być rozstrzelany (raz żołnierz okazał się zbyt pijany, by wykonać wyrok), a setki razy ocierał się o śmierć. W reportażu z Angoli notował: „Jadę drogą, o której mówią, że biały tędy żywcem nie przejdzie. Jadę zobaczyć, czy nie przejdzie, bo muszę wszystkiego sam doświadczyć.”

„Gdyby cała Afryka”

I Kapuściński wytrwale uczy się opowiadać – nie tylko Afrykańczykom, ale również Polakom. Także z konieczności. Bo Polska Agencja Prasowa była biedna. I kiedy trzeba było zapłacić za korespondencję z przewrotu w państwie afrykańskim, dawała na to 100 dolarów. Po dolarze za słowo i ani centa więcej. I Kapuściński musiał w stu słowach oddać ogromnie skomplikowaną sytuację na froncie. Z czasem okazało się, że Kapuściński opowiada świat także Rosjanom, bo jego jasne, klarowne studia sytuacji w Afryce pilnie czytane są także na Kremlu, z zaczem też w kolejnych ważnych gabinetach rządowych świata.

A Kapuściński objaśniał, tłumaczył, przekonywał. Gdy zachodni politycy na każdym kroku zachłystywali się, ile to pieniędzy ich kraje przeznaczają na pomoc głodującym – on kwitował: To uciekanie od problemu. Tych ludzi trzeba nie tylko zachować przy życiu, ale także wykształcić i nauczyć demokracji. Ale tym nikt sobie już głowy nie zaprząta. Rezultat? „Biologiczne zasoby ludności stale się powiększają”, a „myślowe zasoby ludzkości” rosną znacznie wolniej. I najgorsze – w zastraszającym tempie rosną na planecie rzesze ludzi nikomu do niczego niepotrzebnych, marginalizowanych już od momentu narodzin. „Trzeci świat – mówił Kapuściński – to miliony ludzi bezczynnych”. Ich macierzyste państwo może ich zaledwie wyżywić. I zostawia ich w otchłani biedy. „Bieda to rodzaj społecznego AIDS. Podobnie jak ta choroba jest ona w większości wypadków nieuleczalna” – pisał. Wniosek? Skończył się podział na Północ i Południe, na Zachód i Wschód. Jedyna naprawdę istotna granica na naszej planecie przebiega między „kulturą konsumpcji” i „kultura ubóstwa”. „Kilkaset milionów ludzi wciąż kreuje wynalazki, dzieła sztuki, kapitał. A parę miliardów ludzi, którzy może nie mniej się wysilają, tworzy bardzo niewiele. Cały ogromny wysiłek zużywają, aby się utrzymać na powierzchni życia” – pisał.

„Podróże z Herodotem”

Podczas nieustannych podróży po świecie Kapuściński zawsze miał pod ręką „Dzieje” – pracę Herodota, greckiego historyka z V wieku p.n.e. Kapuściński mnóstwo się od niego nauczył. Na przykład – jak z dość błahego epizodu, wyprowadzić bardzo daleko idące wnioski. Kapuściński zwiedza – przykładowo – Wielki Mur Chiński. Jak miliony turystów przed nim i po nim. Podziwia jak inni, ale jego refleksja biegnie znacznie dalej: „Najgorszą stroną muru jest to, że u wielu ludzi wyrabia on postawę obrońcy muru, tworzy typ myślenia, w którym przez wszystko przebiega mur dzielący świat na zły i niższy – ten na zewnątrz, i dobry i wyższy – ten wewnątrz”. A Kapuściński z uporem powtarzał, że nasza planeta jest mozaiką – w każdym sensie. „Pierwszym, który uświadomił sobie wielość świata jako jego istotę, był Herodot. – Nie, nie jesteśmy sami – mówi on Grekom w swoim dziele i żeby to udowodnić, odbywa swoje podróże do krańców ziemi. – Mamy sąsiadów, ci z kolei mają swoich sąsiadów, a wszyscy razem zaludniamy jedną planetę”. W dodatku odległości na tej planecie skracają się z każdym rokiem. Poznanie „innego”, umiejętność życia obok niego, w porozumieniu z nim, nie jest fanaberią. To konieczność – tłumaczył Kapuściński.

Bolało go, że w branży medialnej tak wiele jest „opisywactwa”, a tak mało prób zrozumienia świata. Że nastąpił demontaż tradycyjnie rozumianego reportażu, którego autorem był dziennikarz zdobywający samodzielnie wiedzę o świecie. Teraz wyręczają go ogromne, bezosobowe korporacje medialne. Kapuściński ostrzegał: „Dziś w Stanach dziennikarzy nazywa się >pracownikami mediów< i to jest znaczące”. Niestety.

Wiesław Kot

Tekst ukazał się na portalu „DlaPolonii”

Exit mobile version