Trochę czasu minęło zanim nasze koła znów poczuły salamińską ziemię.

Miniony słoneczny weekend okazał się idealną porą, by ruszyć na poszukiwania perełek na Salaminie. Tym razem byliśmy znacznie lepiej zorganizowani i wiedzieliśmy dokładnie, które miejsca chcemy objechać i co zobaczyć.
Podczas wirtualnego podróżowania po mapie zobaczyłam zdjęcie latarni morskiej. Tak mi się spodobała, że stała się głównym celem naszej podróży. Kiedy poszukuję jakiś ciekawych miejsc nie patrzę na szczegóły typu: nawierzchnia drogi, wzniesienia, bo chcę zostawić sobie trochę niespodzianki podczas jazdy. Zaznaczam miejsce, które mi się podoba, a później patrzymy, jak dojechać. Tak zrobiliśmy i teraz.
Niedzielnego poranka, po przypłynięciu do głównego portu w Salaminie, wyruszyliśmy w stronę jednej z jej dzielnic – Peristerii.
Na drogach cisza, spokój, brak jakichkolwiek aut. Tylko my, lasy, góry, morze i szczekające, w pobliskich domach, które mijaliśmy, pieski. My i droga.

Jechało się rewelacyjnie. Teren na początku był płaski, asfaltowa droga bez dziur – kto jeździ po Atenach na rowerze na co dzień, doceni komfort jazdy bez nich. 😁
Można było podziwiać naturę, która nas otaczała z każdej strony. Po prawej piękne spokojne błękitne morze. Po lewej góry pokryte bujnymi lasami. I my po środku. Czego można chcieć więcej?

Po kilkunastu kilometrach musieliśmy zjechać z asfaltowej drogi. Wśród, jeszcze uśpionych, domów kierowaliśmy się do wyznaczonego celu.
Cisza, ta niesamowita cisza, której tak brakuje w ciągu tygodnia w zatłoczonym mieście. Delektowaliśmy się tym, gdy nagle tę ciszę zmącił dziwny stukot – właśnie podczas wspinaczki na jedno ze wzgórz, więc nie widzieliśmy, co mąci tę ciszę. I nagle ukazał nam się piękny czarny koń, z przepiękną, bujną grzywą. Z dumą ciągnął powóz. Naprawę piękny widok, choć szczerze wolałabym, by biegł sobie bez tego powozu. Spotkaliśmy się na szczycie górki. Dopiero teraz zobaczyliśmy pod jaką górkę ten silny koń musiał wyciągnąć swojego pana i powóz!

Zjechaliśmy w dół i … znów pod górkę. Teren na rower idealny. Nie nudziliśmy się. Na kolejnym wzniesieniu mogliśmy oglądać cudowny widok na jedną z zatok.
I tak wspinając się i zjeżdżając dojechaliśmy do dzielnicy Peristeria.
Plaża, którą tam zobaczyliśmy była zupełnie inna niż plaże, do których widoku jesteśmy przyzwyczajeni. Bardzo mi się spodobała choć brak było piasku, czy nawet kamieni. Miała swój urok. Usiedliśmy na pobliskiej ławeczce i tu postanowiliśmy zjeść nasze drugie śniadanie, z widokiem na morze.

Po śniadaniu wyruszyliśmy w dalszą drogę i nagle wśród kwiatów i zieleni ukazał się mój wcześniejszy wymarzony cel. Nie myślałam, że podczas tej wyprawy uda się go zrealizować, bo dotarły do mnie wieści, że to miejsce już zostało zamknięte. A jednak on tam był – tzw. Dom Flinstone! Słyszałam już o nim znacznie wcześniej, ale każdy kogo pytałam mówił, że już go nie ma. A tu taka niespodzianka. 😲

Z zachwytem i dziecinną radością podjechaliśmy pod piękną bramę z drzewa oliwkowego i próbowaliśmy zaglądnąć na podwórko. Kątem oka zauważyłam starszą kobietę, która wolnym krokiem zmierzała w naszym kierunku. Oczywiście nie byłabym sobą gdybym nie zagadnęła uroczej pani i nie zapytała się, czy możemy obejrzeć posiadłość z zewnątrz. Kobieta z szerokim uśmiechem odpowiedziała, że nie ma problemu i zapytała: „A czemu nie od środka?” Aż zapiszczałam z radości. Starsza Pani sięgnęła ręką do kieszeni i wyciągnęła klucz do bramy. Ale jaki to był klucz!!! Drewniany, robiony ręcznie, piękny!
Brama otworzyła się przed nami, a oczom ukazał się oliwkowy dom.

Wchodziliśmy w każdy zakamarek. Wszystkiego dotykaliśmy, podziwialiśmy i tylko achy, echy ciągnęły się za na nami.
Wyobraźnia architekta nie miała tu granic. Wszystko zrobione było z dbałością o detale, twórca przemyślał tu każdy szczegół. Wyszliśmy na taras domu, a stamtąd roztaczał się fantastyczny widok na plażę, na której jedliśmy śniadanie.
Spędziliśmy tam ponad godzinę. W międzyczasie właścicielka opowiedziała nam historię tego domu. Dowiedzieliśmy się jak powstał, kto był pomysłodawcą i wykonawcą tego projektu. Nie będę zdradzać Wam całej opowieści, by nie zepsuć przyjemności poznania tej tajemniczej historii tym, którzy tam dotrą. Napiszę jedynie, że rękę do tego arcydzieła przyłożył Pan Feliks- Polak. Widać, że włożył w to całe swoje serce i wyobraźnię, by okolica nabrała bajkowego wyglądu.

Zachęcam do odwiedzenia tego miejsca i zapoznania się z jego historią. Oprócz domu Pan Feliks zbudował też plac zabaw dla dzieci znajdujący się na przeciwko – nad brzegiem morza, z drzewa oliwkowego, „flinstonowy” plac zabaw! To trzeba zobaczyć. W okolicy jest jeszcze jedno dzieło Pana Feliksa. Nad samym morzem, pod drzewem, jest wybudowany ogromny stół oraz ławy, by można było zrobić piknik. Rewelacyjne atrakcje i duma, jaką można było usłyszeć w głosie starszej pani, kiedy pokazywała, co stworzył ten człowiek, była bezcenna. Na każdym kroku podkreślała zalety i talenty Pana Feliksa. Z żalem mówiła, że Pan Feliks nagle wyjechał. A dlaczego? To już opowie Wam właścicielka, kiedy odwiedzicie to miejsce. Starsza pani zapewniała mnie, że od kwietnia znów ten dom będzie gotowy do przyjmowania gości, a ekipa, która podjęła się remontu również pochodzi z Polski. Ja ze swojej strony obiecałam, że znów ją odwiedzę na wiosnę i nie mogę się doczekać tej chwili.

Nadszedł moment pożegnania z przemiłą właścicielką i dalszej jazdy. Czekała na nas kolejna atrakcja. Latarnia morska znajdowała się niecałe 2 km od „Domu Flinstone”, ale było pod górkę. Dotarliśmy do dzielnicy Kolones. Na wzgórzu spotkaliśmy jakiegoś Pana i zapytaliśmy się o drogę do latarni. Stwierdził, że ciężko jest tam dotrzeć, ale jak pojedziemy w dół tej drogi to dotrzemy na plażę, z której widać latarnie. Plaża nazywa się Paralia Faros.

Pojechaliśmy sprawdzić i faktycznie z plaży był świetny widok na latarnię, ale nam to nie wystarczyło. Uparliśmy się, że dotrzemy do samej latarni. Wróciliśmy więc na wcześniejszą trasę i cofneliśmy się trochę, aż w końcu zobaczyliśmy małą dróżkę, która prowadziła do naszego celu. Latarnia znajduje się zaraz na przeciwko trzech kolon.
Na początku drogi można było jeszcze pojechać rowerem, ale z każdym metrem droga robiła się coraz trudniejsza i jazda na rowerze nie miała najmniejszego sensu. Musieliśmy więc zsiąść z rowerów. Po drodze natknęliśmy się na farmę bażantów, a później idąc w dół naszym oczom ukazała się piękna latarnia. Hura! Cel osiągnięty.

Z góry można było podziwiać widoki na plażę Faros, z której właśnie wróciliśmy. Pięknie to wygląda. Co do roztaczającego się widoku, nie zawiodłam się, warto było dotrzeć do tego miejsca. Zaraz koło latarni jest też dróżka, która prowadzi na małą, ukrytą plażę, ale to zostawiam dla tych, którzy chcieliby coś jeszcze odkryć.
Polecam odwiedzić to miejsce czekają tam na Was fantastyczne widoki, a sama latarnia jest rzadko odwiedzana przez ludzi. W ciągu całego pobytu nie spotkaliśmy żadnej istoty ludzkiej.
Nadszedł czas, by ruszyć w powrotną drogę. Szczęśliwi pojechaliśmy w kierunku głównej drogi. Nagle mój towarzysz poinformował mnie, że ma przebitą dętkę. No tak, co to za wyprawa rowerowa bez kapcia?!
Nie byłoby problemu, gdyby nie fakt, że właśnie uświadomiliśmy sobie, że żadne z nas nie ma pompki. Dętka jest, inne potrzebne rzeczy też, jednak brak pompki (i najlepszym zdarzyć się może😁), a do portu mamy sporo drogi.
Przypomnieliśmy sobie o Panu, którego wcześniej mijaliśmy, a ten Pan właśnie mył auto, więc była duża szansa, że posiadał pompkę samochodową. Jednak okazało się, że jej nie posiada, ale od czego ma się sąsiadów?! Pobiegł szybko do sąsiada, sąsiad zaczął szukać. Wiedział, że ma, ale nie wiedział gdzie. My na środku ulicy, z rozebranym kołem, staliśmy się atrakcją dla przejeżdżających aut. Sąsiadka podeszła i zapytała się, czy chcemy wody więc korzystając z okazji napełniliśmy jeszcze bidony świeżą wodą i czekaliśmy na sąsiada z pompką. W końcu znalazła się pompka, a my po kilku minutach znów mogliśmy kontynuować podróż w kierunku portu.

Na prom wchodziliśmy z uczuciem ogromnej radości i zmęczenia. Tak właśnie wygląda u nas idealna niedziela. Szczęśliwi i zmęczeni, z nowymi doświadczeniami możemy wejść w nadchodzący tydzień, na przekór codzienności. Tym razem bukietu pozytywnych emocji dostarczyła nam Salamina. Wyspa, która nie zawodzi.
Jeżeli szukacie szybkiej ucieczki od zgiełku miasta i macie nieodpartą chęć poobcowania z naturą, ale nie zdecydowaliście się jeszcze, czy wolicie spacer po lesie, wylegiwanie się na plaży, czy wspinaczkę po górach to mogę z czystym sumieniem polecić wam tę wyspę. Tu znajdziecie wszystko. I ta cisza… Naprawdę tam potrafi być cicho nawet, gdy stoisz na środku ulicy. Auta wyprzedzają pomału i tak cicho, że czasem nie wiesz, że jedzie coś za tobą. My tam odpoczywamy na maxa. Ładujemy nasze baterie do pełna i jeszcze chowamy trochę energii do kieszeni.

Pozdrowerek Sylwia i Paweł
P. S. C. D. N… 😊

Zdjęcia prywatne autorów tekstu.

Wasza opinia