Polonorama

Podróż do świata muzyki w Megaro Mousikis z maestro Pawłem Kotlą

Ateńską Orkiestrą Narodową w słynnej Sali Koncertowej – Megaro Mousikis

Doświadczenie i wrażliwość muzyczna to niektóre z cech wybitnego polskiego dyrygenta Pawła Kotli. Poprzez dojrzałość muzyczną i niezwykłe wyczucie potrafi zaczarować nie tylko muzyków pod swoją batutą ale i publiczność, która prowadzona jest do najpiękniejszych zakamarków muzyki.

Lata nauki w Poznaniu, w Akademii Muzycznej w Warszawie, na Wydziale Muzycznym Uniwersytetu w Oksfordzie oraz liczne międzynarodowe kursy muzyczne sprawiły, że życie artystyczne Pawła Kotli nabrało ogromnego rozpędu. Przyniosło mu wiele znaczących dokonań jak choćby współpraca z London Symphony Orchestra czy występ z młodzieżową orkiestrą Unii Europejskiej (EUYO) na uroczystości obchodów 50-lecia Parlamentu Europejskiego, a to tylko nieliczne z jego sukcesów w kraju i poza jego granicami.
Dziś, już po wspaniałym koncercie, Paweł Kotla, wprowadzi nas za kulisy tego niezapomnianego wieczoru w Megaro Mousikis w Atenach.

Czy jest to Pana pierwszy występ w Grecji?
Tak. Rzeczywiście poza Polską i Wielką Brytanią, gdzie mieszkałem 25 lat, dyrygowałem w kilkunastu krajach, ale w Grecji był to mój pierwszy występ.

Jest Pan drugim polskim dyrygentem, po Maestro Jacku Kaspszyku, który wystąpił z Ateńską Orkiestrą Narodową w ciągu ostatnich lat. Jakie emocje towarzyszyły Panu podczas tego wystąpienia.

Byłem niezwykle zaskoczony, gdy dowiedziałem się jak rzadko pojawiali się tutaj polscy dyrygenci. Oczywiście uczuciu podekscytowania towarzyszyło także poczucie odpowiedzialności wywołane świadomością, że przecieram szlaki dla nowego pokolenia polskich artystów.

Dyrygował Pan różnymi orkiestrami w wielu krajach na całym świecie. Jak współpracowało się Panu z Ateńską Orkiestrą Narodową w słynnej Sali Koncertowej – Megaro Mousikis? Czy różni się ona od innych krajów, czy ma może coś w sobie wyjątkowego?
To niezwykle szanowany zespół, najstarszy w Grecji, która przecież jest kolebką muzyki europejskiej. Muzycy mają tego świadomość i wymagają dużo od siebie i od dyrygenta. Jednak z przyjemnością mogę powiedzieć, że współpraca była wspaniała. O czym świadczyły nie tylko próby i koncert, ale także wiele serdecznych słów od muzyków, którzy licznie odwiedzali moją garderobę po koncercie.

Ateńską Orkiestrą Narodową w słynnej Sali Koncertowej – Megaro Mousikis

A na czym polegała wyjątkowość tego doświadczenia? Nawiążę tutaj do moich obserwacji innych zespołów orkiestrowych basenu Morza Śródziemnego. Kiedyś orkiestry amerykańskie i z północnej Europy były kojarzone z wysokim profesjonalizmem i precyzją, zaś orkiestry w takich krajach jak Włochy, Hiszpania lub Grecja były bardziej znane z pięknego lirycznego dźwięku, śpiewności i temperamentu. Stąd na przykład zespoły włoskie były bardziej cenione w repertuarze operowym niż symfonicznym. To się jednak wyraźnie zmieniło. Otwarta Europa, możliwość studiowania w różnych częściach kontynentu i takie doskonałe projekty edukacyjne jak Orkiestra Młodzieżowa Unii Europejskiej (EUYO) wpłynęły na dynamiczny rozwój jakości gry w orkiestrach na całym kontynencie. Pamiętam jak kilkanaście lat temu byłem w Rzymie na włoskim debiucie Andrzeja Boreyki – obecnego szefa artystycznego Filharmonii Narodowej w Warszawie. Jakość gry orkiestry Accademia Nazionale di Santa Cecilia, połączenie tej śródziemnomorskiej liryki i wrażliwości z północnoeuropejską precyzją dawało fenomenalny efekt. To samo odnalazłem w ateńskiej orkiestrze.

Wyjątkowe było doświadczenie dyrygowania w Megaron. To legendarny obiekt, porównywany często z Lincoln Centre w Nowym Jorku lub Filharmonią Berlińską. Od lat marzyłem, żeby przyjechać tutaj i posłuchać koncertu. Pamiętam jeszcze jak w październiku światowej sławy dyrygent Daniel Barenboim (w tym roku dyrygował Koncertem Noworocznym z Wiednia) z zachwytem pisał w o swoim planowanym powrocie do tej sali w listopadzie zeszłego roku. Przyjechać tutaj, żeby zadyrygować najlepszą grecką orkiestrą – to było dla mnie więcej niż spełnienie marzeń. Od pięknych marmurów w korytarzach, po doskonałą akustykę sali koncertowej – wszystko budziło zachwyt.

Czy na swojej drodze napotkał Pan wielu greckich kompozytorów? Jak scharakteryzowałby Pan współczesną muzykę grecką na tle muzyki europejskiej? Jest coś co ją odznacza?
Na muzyce greckiej właściwie wychowałem się. I to od tej popularnej (przecież w Polsce niezwykle popularne były piosenki Demisa Roussosa i Eleni Tzoka), poprzez filmową Mikisa Theodorakisa, elektroniczną Vangelisa, po awangardową Iannisa Xenakisa, która na studiach w Akademii Muzycznej w Warszawie była obowiązkowym elementem kanonu wiedzy o muzyce współczesnej. Sama ta wyliczanka wskazuje na dużą różnorodność muzyki komponowanej przez greckich twórców. Ostatnio jednak mój kontakt z muzyką grecką nabrał rozpędu. Wykonany przeze mnie i flecistkę Iwonę Glinkę Koncert fletowy Michaila Travlosa wykonałem po raz pierwszy 3 lata temu podczas jego premiery światowej w Narodowej Filharmonii Mołdawii w Kiszyniowie. Prócz tego nagrywałem ostatnio utwory Foivosa Papadopoulosa i Nikosa Athanassakisa. Ten ostatni zadedykował mi nawet swój utwór „Palinodia”, tak więc nasze polsko-greckie kontakty muzyczne stają się coraz bardziej serdeczne.

Myślę, że współcześni kompozytorzy greccy idą w tej chwili z bardzo dobrym światowym trendem, który opiera się na dużej swobodzie i indywidualizmie. Dziś kompozytorzy nie czują potrzeby utożsamiania się z konkretnymi bieżącymi stylami i szkołami kompozytorskimi. Mają większą odwagę sięgać po język muzyczny, który im najbardziej odpowiada, niezależnie od tego czy jest to styl awangardowy czy neoklasyczny lub neoromantyczny. W poszukiwaniu oryginalności i unikalnego charakteru to może zachęcać do sięgania po elementy lokalne. Mam nadzieję, że coraz częściej będziemy widzieć także w Grecji utwory inspirowane lokalną muzyką popularną lub ludową, korzystające jednak z bardzo zaawansowanych narzędzi kompozytorskich.

Czy ma Pan jakieś wzory dyrygentów, postacie, które Pana inspirują?
Wśród nich na pewno byłby żyjący w zeszłym wieku grecki dyrygent o fenomenalnej muzykalności i pamięci Dimitri Mitropoulos. Poza tym dwaj dyrygenci, z którymi miałem przyjemność pracować jako asystent – Sir Colin Davis i Sir Simon Rattle. No i jak niemal każdy dyrygent na świecie regularnie sięgam po nagrania Carlosa Kleibera i Leonarda Bernsteina, którzy są właściwie wzorem dyrygenckiej doskonałości.

fot. Marzena Mavridis

Jak wygląda zawód dyrygenta pod względem wymagań kondycyjnych?
Ciekawe, że Pani o to pyta. Program w Atenach rzeczywiście wymagał dużej energii. Zwłaszcza symfonia Czajkowskiego i uwertura Cesara Francka. Wszystko oczywiście zależy od indywidualnego stylu dyrygowania, ale pamiętam, że już na studiach na zajęciach z dyrygentury muzyka Czajkowskiego lub Szostakowicza wyciskała z nas ostatnie poty. Dyrygując staram się całkowicie oddać emocjom. Może nawet przerysowywać je, żeby dla orkiestry były jeszcze bardziej czytelne. I może temu zawdzięczaliśmy tak żywiołową reakcję publiczności. Uważam, że dyrygent powinien mieć ogromne pokłady energii, żeby zarażać nią cały zespół. Ostatnio po 25 latach mieszkania w Londynie przeprowadziłem się do Bielska-Białej. Gdy zbyt dużo czasu spędzam nad partyturami lub przed komputerem i zapominam o wyjściu w góry, nartach lub bieganiu to potem odczuwam to podczas prób i koncertów.

Co jest najtrudniejsze w pracy dyrygenta?
Jest wiele aspektów tego zawodu, które są niezwykłym wyzwaniem. Panowanie nad czasem (tempa, organizacja prób), przestrzenią (akustyka), ale także ludzką psychologią. Szczególnie pracując na poziomie międzynarodowym jest to trudne – trzeba umieć w różnych kontekstach kulturowych i społecznych dotrzeć do muzyków, zaproponować im wizję, za którą pójdą. I to w ciągu zaledwie 3-4 dni prób. A przecież to dopiero początek – jest jeszcze cała ogromna sfera wiedzy, doświadczenia i wrażliwości muzycznej. Jednak najtrudniejsze chyba jest to, że osobowość jest tak ogromną częścią tego zawodu. Kształtowanie siebie jako artysty-dyrygenta jest także kształtowaniem siebie jako człowieka, swojego charakteru. Cechy charakteru u dyrygenta mają o wiele większe znaczenie niż u instrumentalisty, śpiewaka lub kompozytora. Ale też ta praca nad sobą często przydaje się w życiu codziennym w wielu zaskakujących sytuacjach. Myślę, że uczy pewnej asertywności, ale też szybkiego budowania relacji z innymi ludźmi.

Jaki jest Pana ulubiony kompozytor? Czy prawdą jest według Pana, że do niektórych kompozytorów trzeba po prostu „dorosnąć” żeby dokładnie zrozumieć przesłanie ich muzyki?
Uwielbiam twórczość kompozytorów, którzy mieli odwagę iść pod prąd. Tworzyć coś, co groziło im nierzadko ostracyzmem społecznym, towarzyskim lub urzędowym. Stąd może tak bardzo lubię muzykę Beethovena, Czajkowskiego, Brucknera, Debussy’ego lub Szostakowicza. To prawda, że jest wiele utworów, do których warto mieć już pewne doświadczenie życiowe. Myślę, że zbyt często przed orkiestrami stawia się dyrygentów, którzy tego jeszcze nie mają. Stąd jest potem taki wysyp recenzji, w których nagminnie używa się słowa „ekscytujący”. A przecież muzyka i emocje, które ze sobą niesie powinny mieć wiele aspektów – powinna inspirować nas do wzruszeń, wrażliwości, refleksji, czasami nawet smutku lub życiowej mądrości.

Którego greckiego kompozytora utwory chciałby Pan interpretować?
Chciałbym odkryć te aspekty muzyki greckiej, które najbardziej odnoszą się do elementów lokalnych. Myślę, że z klasyków szukałbym tego w twórczości Mikisa Theodorakisa i Nikosa Skalkottasa.

fot. Marzena Mavridis

Co czuje Pan podczas dyrygowania utworami współczesnych kompozytorów, jak było w tym przypadku z utworami Michail’a Travlos’a. Czy obecność kompozytora na koncercie sprawiła, że czuł Pan większą presję?
Przede wszystkim olbrzymią ciekawość, ale też odpowiedzialność. Zawsze próbuję sobie wyobrazić jakie uczucia mogły towarzyszyć pierwszemu wykonaniu takich arcydzieł jak Piąta lub Dziewiąta symfonia Beethovena, albo Requiem Mozarta. Doskonale ujął to reżyser dźwięku Grzegorz Stec, z którym w zeszłym roku nagrywaliśmy w Polsce płyty z muzyką kompozytorów współczesnych z całego świata: podchodząc do nowego utworu my nie wiemy czy będzie to coś o czym będziemy chcieli zapomnieć zaraz po pierwszym wykonaniu, czy też coś co za kilka lat tysiące ludzi będzie miało w swoich telefonach jako dzwonek. I takie rzeczy wcale nie muszą być oczywiste już po pierwszym wykonaniu. Przecież najsłynniejsza opera świata „Carmen” podczas prawykonania była klapą, która doprowadziła do śmierci jej twórcę Georges’a Bizeta. Pasje Bacha zniknęły na wiele lat, dopóki nie zachwycił się nimi Mendelssohn. Nawet ogrywane wszędzie i do nieprzytomności „Cztery pory roku” Vivaldiego były zapomniane na prawie dwa wieki i zaczęły zdobywać popularność dopiero po II Wojnie Światowej. Jednak życzliwa pomoc kompozytora, zaangażowanie orkiestry i świetne przygotowanie solistki spowodowały, że udało nam się osiągnąć coś co spotkało się z doskonałym odbiorem publiczności i mam nadzieję, że było jak najbardziej zbliżone do efektu, który zamierzał osiągnąć kompozytor.

Podczas tutejszego koncertu towarzyszyły Panu wzniosłe emocje i uczucia. Na ile może pozwolić sobie dyrygent przy interpretacji utworu? Czy ten sam utwór zabrzmiałby, gdyby batutę trzymał w ręku ktoś inny, o innej wrażliwości, temperamencie?
Myślę, że należy angażować się w wykonanie bardzo głęboko emocjonalnie. W końcu jak mamy zarazić publiczność pasją do tego co robimy jeśli tej pasji sami nie czujemy? A jeśli chodzi o brzmienie muzyki z różnymi dyrygentami – to jest to olbrzymia zagadka tego zawodu. Widać to często w pierwszych etapach konkursów dyrygenckich, kiedy jest kilkudziesięciu kandydatów i każdy ma zaledwie 10-15 minut próby z orkiestrą do swojej dyspozycji. Nie ma czasu na wiele słów. A jednak pod batutą różnych dyrygentów ten sam zespół w ciągu kilku minut może brzmieć diametralnie różnie. Ogromną rolę odgrywa tutaj osobowość, gest i cała sfera komunikacji pozawerbalnej.

Po co właściwie orkiestrze dyrygent? Czym powinien odznaczać się dyrygent? Jaka jest jego rola?
To często zadawane pytanie, na które próbowano znaleźć nawet praktyczną odpowiedź. Tak było w latach dwudziestych zeszłego wieku, kiedy po Rewolucji Październikowej założono w Moskwie orkiestrę Persimfans, która miała być ciałem całkowicie demokratycznym i grać i próbować bez dyrygenta. Okazało się, że po 10 latach ten zespół upadł. Próby zajmowały zbyt wiele czasu, a precyzyjne zmiany temp były często niemożliwe. Obecność dyrygenta, który potrafi dobrze zorganizować pracę i intepretację przekłada się nie tylko na lepszy efekt artystyczny, ale także budżety zespołów – są one w stanie pracować szybciej, osiągając ten sam efekt przy mniejszej ilości prób i kosztów. Warto tu też wspomnieć o historii ruchu na rzecz stylowych wykonań muzyki dawnej. Muzyka ta często grana jest przez małe orkiestry, które mogłyby poradzić sobie bez dyrygenta. Jednak organizatorzy koncertów i wydawcy płyt szybko odkryli, że publiczności potrzebuje tego, żeby wykonania i interpretacje były firmowane konkretnymi nazwiskami. Stąd wzięły się późniejsze kariery dyrygenckie klawesynistów Christophera Hogwooda, Trevora Pinnocka, Gustava Leonhardta i Tona Koopmana, skrzypków Neville’a Marrinera i Roya Goodmana, albo wiolonczelisty Nikolasa Harnoncourta.

Ateńska Orkiestra Narodowa w słynnej Sali Koncertowej – Megaro Mousikis

Partytura jakiego dzieła sprawiła Panu dotychczas najwięcej trudności?
Na koncercie – chyba Pierwsza Symfonia Edwarda Elgara. Elgara lubię dyrygować dużo. Często sięgam po jego koncerty wiolonczelowy i skrzypcowy, Wariacje „Enigma”, Serenadę na smyczki albo uwerturę „Na południu”, którą traktuję jako swój ulubiony utwór popisowy. Jednak w jego symfoniach jest coś z niezwykle eklektycznej, ale i idiomatycznej kultury post-wiktoriańskiej Anglii, która nie czuję, żeby zgadzała się z moim temperamentem. Kiedyś pytałem o ten utwór Sir Colina Davisa. Zasugerował, żeby zadyrygował Drugą Symfonią a potem wrócił do Pierwszej. Jednak kiedy wysłuchałem na żywo jego interpretacji z London Symphony Orchestra Druga symfonia Elgara wydawała mi się jeszcze bardziej enigmatyczna od Pierwszej, choć bardzo interesująca.

A na próbach – zdecydowanie „Earth Dances” Harrisona Birtwistle’a, które porównywane są do muzyki Igora Strawińskiego i określane mianem „Święta wiosny” XXI wieku. Z utworem tym zetknąłem się w Birmingham kiedy pracowałem jako asystent Sir Simona Rattle. Był on tak skomplikowany, że Sir Simon pierwsze rozczytanie z City of Birmingham Symphony Orchestra zrobił na miesiąc przed koncertem! Były to dwa dni prób sekcyjnych, które prowadził ze swoim byłym nauczycielem dyrygentury Johnem Carew. Po tych dwóch dniach rozkładania tego dzieła na „czynniki pierwsze” przyszedł do mnie i poprosił, żebyśmy zrobili jeszcze 2 dni podobnych prób, które orkiestra szybko zaplanowała na kilka dni później. Orkiestry brytyjskie znane są ze swoich niezwykłych umiejętności szybkiego uczenia się i grania a vista. A jednak utwór ten wymagał tak ogromnego nakładu pracy, że ciągle nie korci mnie, żeby go włączyć do swojego repertuaru, choć efekt końcowy na koncercie brzmiał imponująco.

Ateńska Orkiestra Narodowa w słynnej Sali Koncertowej – Megaro Mousikis

Jak ocenia Pan reakcję greckiej publiczności na Pański występ? Aplauz był niezwykle entuzjastyczny, wielokrotnie wywoływano Pana na estradę, a Orkiestra w pewnym momencie odmówiła powstania i tupaniem nogami w podłogę wyraziła ogromną aprobatę dla Pańskiego występu.
To było przemiłe. Zresztą byłem zaskoczony tym jak wiele osób przyszło do liczącej prawie dwa tysiące miejsc sali. W czasie pandemii takie okazje to rzadkość. Cieszyłem się, że udało się nawiązać tak wspaniałe relacje z zespołem i publicznością. Mam nadzieję, że będzie to początkiem długiej współpracy i da szansę na wiele okazji do promowania także polskiej muzyki w Grecji.

Jakie wrażenia Panu towarzyszyły podczas tego niezapomnianego wieczoru?
Trudno opisać bogactwo wielu pozytywnych emocji, które temu towarzyszyły. Przede wszystkim radość, satysfakcja ze wspólnej pracy z tak doskonałym zespołem, ale też poczucie nadziei. Jedna z greckich gazet podchwyciła z jednego z moich wywiadów zdanie, że „Kultura będzie tym co pomoże nam zaleczyć rany po pandemii”. Rzeczywiście wierzę, że to przez kulturę będziemy odbudowywać te więzi społeczne, doświadczenie wspólnego przeżywania emocji, którymi pandemia tak zachwiała. Mam nadzieję, że także decydenci w końcu docenią jak niezwykłą rolę w tym procesie odgrywa kultura – nie tylko w Polsce i Grecji, ale w ogóle na świecie. Chciałbym z tym wspaniałym zespołem i przed ateńską publicznością jeszcze wielokrotnie mieć ku temu okazję.

© rozmawiała: Marzena Mavridis

Exit mobile version