Powiadają, że plany są po to by je zmieniać i tak po wieści, że nie odbędzie się zaplanowany wyjazd na karnawał do Patry postanowiliśmy pozmieniać nasze plany na długi weekend.

Na niedzielę nie mieliśmy trudności w wyborze miejsca na wypad rowerowy. Jednak w poniedziałek było wielkie święto Kafara Dewtera czyli Czysty Poniedziałek i trzeba było wykorzystać dobrze ten dzień. Z pomocą jednak przyszli znajomi, miłośnicy podróż tak jak my i zaproponowali wspólny wypad na wulkan 🌋. Oooo brzmi ciekawie. Wiedziałam o wulkanie na Santorini, ale jakoś uciekła mi wieść o wulkanie, który znajduje się tuż pod nosem. Nie zastanawiając się długo postanowiliśmy dołączyć do tej szalonej grupy.
A i sama inicjatywa bardzo mi się spodobała. Znajomy posiadał auto, zebrała się grupa osób chętnych na wspólną wyprawę, złożyliśmy się na paliwo i w drogę.

Nadszedł poniedziałek i czas na wulkaniczny wypad. Powiem szczerze, że pierwszy raz pojechałam w miejsce, o którym nic nie przeczytałam, przyznaję się pojechałam nie przygotowana. Jednak z perspektywy czasu to mogę powiedzieć, że czasem jest fajnie pojechać nieświadomym co tak naprawdę cię czeka. Gdybym przeglądała wcześniej zdjęcia i czytała o tym miejscu moja reakcja i radość z odkrycia tego miejsca mogła być mniejsza. A tak dostał mi się pełny kosz pięknych emocji i wspomnień.

Jednak wracając do tematu powiem, że droga była dość męcząca. Pomimo nowego asfaltu serpentyny dały o sobie znać. Kręte drogi zawsze są męczące więc trzeba się do tego przyzwyczaić zwłaszcza w Grecji gdzie większość terenu to góry i zakręty.

O Methane słyszałam wielokrotnie. To z tamtą wypływają promy w kierunku wyspy Poros.Jest to malowniczy półwysep oddalony od Aten 170km i był na naszej liście do zwiedzenia na rowerach, ale czemu nie skorzystać z takiej okazji i w wspaniałym towarzystwie zdobyć jedno z najciekawszych atrakcji.
Nie ma co dłużej zwlekać wyruszamy w kierunku Methany.

Droga jak droga, ale za to jakie towarzystwo. Śmiechów nie było końca. 170km w bólach mięśni brzucha i z bananem na ustach. W dobrym towarzystwie czas szybko leci i ani się obejrzeliśmy wjeżdżaliśmy do Methany. Nikt nam nie musiał mówić, że właśnie dojeżdżamy, bo charakterystyczny zapach pobliskich źródeł siarki zdradzał tą tajemnice. Zauważyliśmy, że po jakimś czasie zapach siarki przestaje być dokuczliwy i nie przeszkadza w poznawaniu uroków tego miejsca.

Przywitani pierwszą atrakcją wjechaliśmy do miasteczka w kierunku portu.
Miasteczko było spokojne, ponieważ większość mieszkańców przygotowywało się do świętowania. Nam to jednak nie przeszkadzało.

Zrobiliśmy mały spacer po miasteczku stwierdzając, że nic tu po nas. Miasto nie ma zbyt bogatej infrastruktury turystycznej ani ważnych zabytków, ale ma swój specyficzny klimat. Korzystając z okazji, że natknęliśmy się w kiosku na mapę, kupiliśmy ją i byliśmy gotowi do dalszej drogi w kierunku wulkanu. Półwysep Methana, który znajduje się we wschodniej części Peloponezu, powstał w wyniku erupcji podwodnego wulkanu. Z lądem łączy go wąski, zaledwie 300 metrowy przesmyk.

Po opuszczeniu portu kierowaliśmy się w stronę miejscowości Kameni Xora (Καμμένη Χώρα). Po około 30 minutach dotarliśmy na miejsce. Podjechaliśmy jeszcze trochę autem w górę i przy znaku oznajmiającym, że tu znajduje się wulkan zaparkowaliśmy.
Wszyscy podekscytowani weszliśmy na ścieżkę prowadząca prawdopodobnie do jednej z siedzib Hefajstosa.

Dla miłośników pieszych wędrówek będzie to naprawdę ciekawa wspinaczka. Ścieżka prowadzi najpierw przez las, aż w końcu doprowadza nas do niesamowitego miejsca, gdzie zastygła lawa przebiera przedziwne kształty. Nie byłam na Marsie, ale zbliżając się do krateru takie właśnie miałam wrażenie. Tak chyba wygląda planeta Mars. Im wyżej tym piękniejsze widoki roztaczające się na półwysep.

Po jakimś czasie w przybliżeniu po 45minutach choć tabela mówiła o 25 minutach wspinania. (Jednak ktoś kto to pisał nie uwzględnił osób, które zachwycają się każdym kamyczkiem, kwiatuszkiem i widokiem 😂 czyli nas😉) Dotarliśmy na szczyt wulkanu. Każdy poszedł w swoją stronę penetrować teren. Ja to oczywiście z moją połówką musieliśmy wejść do krateru. Zobaczyliśmy wulkan od środka.

Znalazłam tron Hefajstosa – to moja wyobraźnia i wolno mi 😉 sobie trochę pofantazjować. To tu mógł przesiadywać, odrzucony przez własną matkę z powodu deformacji, bóg ognia i wulkanów. To tu na dnie krateru, wykuwał broń dla bogów Olimpu. Za żonę Hefajstosa uchodziła Afrodyta. W podzięce za cuda, które wykuwał Hefajstos Zeus oddał mu Afrodytę na żonę, ta jednak nie była mu wierna. Zupełnie nie pasowali do siebie: cichy samotnik, który siedzi wciąż w swojej kuźni oraz wiecznie piękna, wesoła lubiąca zabawy i przejęcia Afrodyta. Bogini miłości zdradzała Hefajstosa z Aresem. Kowal dowiedział się o tym od Heliosa, Słońca, który widział wszystko. Postanowił się zemścić – rozpostarł magiczną sieć nad łożem kochanków. Sieć przymocowała Aresa i Afrodytę do łoża, a Hefajstos pokazał ich tak całemu Olimpowi, Afrodyta zaraz po uwolnieniu uciekła wśród śmiechów bogów.

Och co za życie i perypetie miał ten grecki bóg. Jednak wracając do rzeczywistości Nadszedł czas opuścić to magiczni kosmiczne miejsce. Schodząc upajałam się jeszcze widokami.

Po takiej wspinaczce i emocjach zaczęło nam burczeć głośno w brzuchach. Korzystając z rad jednej z blogerek pojechaliśmy do bardzo malowniczego miasteczka Vathi, gdzie wspólnie z miejscowymi zaczęliśmy świętować Czysty Poniedziałek.

I tak przy wspólnym posiłku w przyjacielskiej, wesołej atmosferze, rozprawialiśmy o naszym wspólnym odkryciu. Piękna sceneria, muzyka, śmiechy pozwoliły nam zapamiętać ten dzień jako jeden z najcudowniejszych chwil. I w tym miejscu chciałabym podziękować Agnieszce, Ani, Pawłowi i Zibiemu(alfabetycznie) za niezapomniane chwile i emocje. A Wam drodzy czytelnicy z czystym sumieniem mogę polecić to miejsce. Może nie zobaczyłam lawy wypływającej z wulkanu, czy choćby trochę dymu, bo wulkan jest już od dawna nie aktywny. Jednak cała sceneria Methany dzięki żyznej, powulkanicznej glebie, porośnięta jest lasami i bujną roślinnością, a spacer wśród skał i wąwozów, utworzonych przez ogromne głazy daje niezapomniane wrażenia. Jak na początku wspomniałam mieliśmy w planach objechać Methane na rowerach i teraz jestem pewna, że wrócimy tu z rowerami. Ten półwysep jeszcze wiele mieść ma do odkrycia.

Pozdrawiamy Paweł i Sylwia
Zdjęcia prywatne autorów tekstu.

Wasza opinia