06.03.1994 roku. Grecję i cały świat obiega informacja: Grecja straciła właśnie swą ostatnią, stąpającą po Ziemi boginię. Media światowe są zgodne co do owego stwierdzenia. Podobne tytuły, bądź też ich parafraza pojawiają się na nagłówkach czasopism, w wiadomościach telewizyjnych. Od Ameryki po Australię. Od Norwegii po Republikę Południowej Afryki. Świat kultury, filmu, polityki wie, że w stwierdzeniu tym nie ma cienia przesady. Owszem, tytuł „bogini” to metafora, wiadomo, ale jak trafnie oddać to kim była i kim w zasadzie pozostanie na zawsze ktoś pokroju tej właśnie kobiety. Powiedzieć, że była to nietuzinkowa osobowość, to nie powiedzieć nic. Uznać, że była aktorką światowego formatu, tak, można, ale aktorek światowego formatu było i jest wiele. Powiedzieć, iż była jedyną minister w powojennej historii Grecji, o której mówiono „odpowiedni człowiek na odpowiednim stanowisku”, to nie mało, ale określenie to, to tylko cząstka złożoności zjawiska, jakim była. Ona sama – gdyby ją o to zapytać, co zresztą czyniono wielokrotnie za jej życia – odpowiedziałaby z pewnością:

– Ja? Kim byłam? Cóż za pytanie! Byłam, jestem i będę przede wszystkim Greczynką! Dla mnie to nie tylko tytuł przynależności narodowej. To zobowiązanie, to brzemię, to spuścizna historyczna, to krew i krzyk moich przodków, to słońce, śpiew i taniec, to nadzieja, która wymyka się wszelkim definicjom. To odwieczny korowód kultur, które kwitły na tym lądzie i wyspach go okalających, to legendy i mity, echa których wciąż pobrzmiewają w szumie mórz, otulających moją ojczyznę. To wszystko wibruje w moim sercu, jest tak żywe, jak tylko żywa może być miłość, będąca uosobieniem przynależności. Ktoś powie: trącisz fanatyzmem… Nie kochani, ja opiewam odwieczność trwania tego, co trwałe, opiewam piękno, jakie stworzyła kultura mojego kraju, opiewam miłość, pasję, radość życia, często zresztą mimo wszystko czy też wbrew wszystkiemu. A zresztą, niech wam będzie. Jestem fanatyczką. Tak, jestem fanatyczną Greczynką…

Wkładając powyższe słowa w usta kogoś, kogo nie ma namacalnie wśród żywych od przeszło dwudziestu sześciu lat, wyobrażam sobie jak wypowiada je, siedząc w jakimś wygodnym, głębokim fotelu, w nonszalanckiej pozie – na przykład z podwiniętymi nogami – z odwiecznym papierosem w dłoni, ze stojącą na ramieniu fotela popielniczką, w której lądują co rusz drobiny popiołu, strącane długimi, jak gdyby rzeźbionymi palcami. Wyobrażam ją sobie nadmiernie gestykulującą, emanującą żarem, pasją wypowiadanych kwestii, z bujną blond czupryną, z wyrazistymi ustami, zaraźliwym śmiechem i dużymi, jasnymi oczami, czarującymi, zaklinającymi magię chwili. Wszystko u niej było duże, wyraziste, ona cała taka była. Słowa te kieruje do mnie. Wie, że jest zaklęta w moim sercu. Wie, że jest ikoną Grecji. Wie też, że jej duch tkwi we wszystkim niemal, co jest postrzegane jako greckie. Nigdy nie poznałam jej osobiście – będę tego żałowała po kres moich dni. Ale ją znam, a ona – stamtąd – zna także mnie…

I tak oto, chcąc złożyć hołd kobiecie, dzięki której świat powojenny pokochał Grecję, zrodził się wywiad. Wywiad, który skomponowany został sercem i duszą. Kiedy żyła, udzieliła ich tysiące. Była kobietą o jasnym przekazie. W jej sposobie życia i bycia nie było ani krztyny zawoalowania. Była przejrzysta i tak też wyrażała siebie. Na kanwie tego, co o niej wiem, bazując na słowach, które wielokrotnie padały z jej ust podczas publicznych przekazów, przypominając sobie kwestie wypowiadane przez nią w filmach, w jakich wystąpiła, z największą łatwością mogę wyobrazić sobie nas obie konwersujące. Bez skrępowania, bez zbędnych kreacji. Wielokrotnie zresztą powtarza się motyw, przekazywany przez ludzi, którzy ją znali, którzy pamiętają ją, że była osobą niezwykle przystępną. Swą bezpośredniością onieśmielała wręcz. Być może wprawiała w zakłopotanie, w osłupienie. Nie tak przecież wyobrażamy sobie boginie…

Dopada to i mnie ostatecznie. Okazuje się, że przystępuję do tego wywiadu nieco skrępowana, zaintrygowana, może też nieco zakłopotana. Podejmuję jednak próbę sił. Ostatecznie w sferze duchowej wszystko jest możliwe…

Siedzę naprzeciwko niej. Wszystko gotowe. Głęboki oddech…
– Pani Merkouri…
– Mam na imię Melina słonko…

Uśmiecha się szeroko i promiennie. Czerwienię się nieco, ale już za chwilę odwzajemniam uśmiech. Pojawia się komitywa dwóch serc, dwóch dusz i jednego ciała. Bo tylko moje jest wciąż żywe…

– Powiedz mi coś o sobie Melina… Jak Ty osobiście rozpoczęłabyś opowieść o sobie?

Głośno się śmieje, unosząc nieco głowę. Biała koszula, białe spodnie. Umoszczona w fotelu, podwinięte nogi. Papieros w zawieszonej w powietrzu dłoni. Spogląda na mnie, wzdycha, poważnieje nieco.

– Może to banalne. Mówiłam to już tyle razy, że staje się to już oklepanym frazesem. Ale powiem to jeszcze raz. Opowieść o sobie zaczęłabym od stwierdzenia, że … urodziłam się Greczynką. Dla mnie jest to kwintesencja wszystkiego. Całej mojej osobowości. Tego, kim jestem, kim byłam… Jak wiesz, pochodzę z bardzo mocno zakorzenionej w historii greckiej rodziny. Mój dziadek, Spiros Merkouris był prze wiele lat burmistrzem Aten przełomu wieków. Miałam rodzeństwo, owszem, ale to ja byłam jego oczkiem w głowie. Rozpieszczał mnie. Zepsuł mnie – śmieje się głośno – pozwalał na dosłownie wszystko. Na każdą możliwą fanaberię. Zresztą miłości mi nigdy nie brakowało. Byłam nią otoczona. W wieku nastoletnim taką nadmierną miłością można się zmęczyć. Można poczuć się osaczonym. Byłam poza tym niepokorna. Nie pasowałam do czasów, w których przyszło mi dorastać. Greczynki lat dwudziestych XX wieku miały do powiedzenia w kwestii decydowania o swoim losie tyle, co nic. Ja złamałam wszystkie, ale to dosłownie wszystkie tabu i ograniczenia swojej epoki. Mając dziewiętnaście lat wyszłam pierwszy raz za mąż. Z własnego wyboru ma się rozumieć. Był bogaty, akceptował wszystko, co mu zaserwowałam. Zaakceptował moją wielką, przeogromną potrzebę bycia wolną. A ja to wykorzystywałam… Odkąd siebie pamiętam, zawsze chciałam być aktorką, artystką. To moje pragnienie podzieliło moją rodzinę na dwa obozy. Dopięłam swego oczywiście. Ale początki nie były łatwe. Kiedy miałam dwadzieścia lat, w Grecji wybuchła wojna. Byłam młodą dziewczyną, nieokrzesaną poprzez wolne wybory, których zawsze dokonywałam. Dziś, kiedy minęło już tyle dziesięcioleci od wydarzeń drugiej wojny światowej, teraz, kiedy mogę poddać wszystko jakiejkolwiek refleksji duchowej… Powiem jedno: mogłam zrobić więcej, mogłam inaczej wykorzystać swoje bogactwo, uprzywilejowaną pozycję społeczną. Żałuję. Żar patriotyzmu rozpalił się we mnie, owszem, ale w innych uwarunkowaniach społecznych i politycznych…

– Mówisz o czasach greckiej dyktatury przełomu lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych…

– Tak słonko – niemal do wszystkich tak się zwracała – o tych czasach właśnie mówię. Wtedy jednak funkcjonowałam już w innym wymiarze jako aktorka, osoba powszechnie znana. Mogłam to wykorzystać na skalę, dla wielu ludzi nieosiągalną… Oglądałaś mój film „NIGDY W NIEDZIELĘ” skarbie? (tak również zwracała się do ludzi niejednokrotnie) …

Moja twarz promienieje.

– Wiele razy. Sama nawet nie wiem, ile…
– Skoro tak, to wiesz, że śmiało można powiedzieć, że jest to opowieść o kraju ludzi, którzy stawiają przede wszystkim na radość życia, zabawę, przyjaźń. Jest to jednak przede wszystkim opowieść o ludziach, którzy miłują wolność. Tak jak bohaterka filmu. Jest wolna. Wykonuje najstarszy zawód świata. Z wyboru. Oddaje swe ciało tym, którzy jej się podobają. Jest pełna życia. Celebruje przyjaźnie. Mężczyźni z jej otoczenia przepadają za jej towarzystwem. Swej pracy nie wykonuje … nigdy w niedzielę. Bo niedziela to wolność, to tawerna, wino, śpiew, taniec, przyjaciele. Wolność, wolność, wolność!!! – Unosi się, jej charakterystyczny, niski, ochrypły głos wibruje gniewem. Unosi się też jej ciało. Nieznacznie, utkwione w głębokim fotelu.

– Wolność do diaska! – potrafiła wyrzucać z siebie jeszcze bardziej pikantne słowa, kiedy pałała gniewem – I oto ten naród, który tak wiele doświadczył poprzez wieki historii, ten oto styrany naród, który tracił wielokrotnie kompas historyczny, który okupił swą wolność rzeką łez i krwi, ma poddać się woli kilku uzurpatorów! Garstce pułkowników, którzy chcą się zwać ojcami narodu greckiego! Zamieniają kraj w farsę polityczną i toczą zakulisową tragedię narodu, a ja mam siedzieć cicho! Występuję akurat w Ameryce. Nigdy w niedzielę. Zawsze w niedzielę. W każdy dzień tygodnia. Tłumy walą, żeby zobaczyć z bliska słynną Ilię z Pireusu, aby usłyszeć w jej wykonaniu tęskną pieśń o dzieciach portu znanego w całym świecie. Żeby zobaczyć ją i jej przyjaciół jak łączą się warkoczem ramion i tańczą, tańczą, tańczą… Nowy Jork i Manhattan są u moich stóp. Podbijam świat. Wystawiamy musicalową wersję filmu, który przyniósł mi światowy rozgłos. A oni tam, w zniewolonej Grecji… Pozbawiają mnie obywatelstwa greckiego! Zabraniają mi powrotu do ojczyzny! Jestem dla nich niebezpieczna! Jasne. Nigdy w niedzielę, Dzieci Pireusu, taniec, śpiew. To synonimy wolności, którą oni właśnie udusili. Poza tym jestem przecież potomkinią rodziny, w której byli politycy… Dyktatorzy byli, są i będą zawsze faszystami, ja urodziłam się, zawsze byłam i umarłam jako Greczynka!!! Rzuciłam tym samym wyzwanie dyktatorom…

Melina Merkouri w filmie „Nigdy w niedzielę”

Z mgły czasu, zza fotela, wyłania się jakaś postać. Mój Boże, przecież to Jules Dassin! Kładzie swe nieżyjące dłonie na ramionach Meliny. Ona, nie unosząc nawet głowy, wie, że to on. Tak jak byli w życiu, razem, nierozłączni, tak nierozłączni są teraz, utkwieni w wieczności, gdzie nic i nikt już ich nie rozłączy…

Jules Dassin. Jeśli nie wszystko, to prawie wszystko zawdzięcza właśnie jemu, jeśli chodzi o jej międzynarodową karierą filmową. Ten upadły anioł kinematografii amerykańskiej, o dość niefortunnej złożoności swego życiorysu – komunista z przekonania, z urodzenia Żyd – znajduje po wygnaniu ze Stanów schronienie w Europie, gdzie nadal tworzy. Na jednym z festiwali w Cannes, poznaje Melinę. Mojry zawiązują nici losu tych dwojga ludzi. Odtąd nie ma praktycznie Meliny bez Julesa, nie ma Julesa bez Meliny.

– Mojej Meliny nie można było nie kochać – wtrąca od siebie po grecku. Czuł Grecję sercem, a może patrzył na nią oczami Meliny i kochał ją jej sercem… – Pomimo jej tylu przywar, upartości, rozkapryszenia – jak się na coś uparła, nie było zmiłuj się! – Spójrz na nią! Przecież to sto… nie sto, trzysta procent kobiety! Nie ma i nie będzie drugiej takiej!

Mówi to z pasją, ale też z ogromną czułością w głosie. Spogląda na nią z góry, znad fotela. Z jego oczu spływa miłość. Ona z kolei kurczy się nieco w fotelu, czerwieni się, udaje skromną. Kokietuje. Ach, jak ona potrafiła to robić! Jak typowa, trzystuprocentowa właśnie kobieta…

Melina Mercouri i Jules Dassin

Jules Dassin oddala się dyskretnie, ale Melina wie, że jest tuż obok. Zawsze. Tak bardzo, nigdy, przenigdy, nie znosiła samotności. Tak czy inaczej, ma przecież teraz mnie. Przeprowadzam z nią przecież wywiad…

– Podbiłaś wówczas cały niemal świat swymi odważnymi marszami ulicami metropolii amerykańskich czy też europejskich stolic, swymi płomiennymi przemowami, nawoływaniem, aby jednoczyć się z narodem greckim, aby bojkotować dyktaturę w Grecji. Towarzyszyły Ci tysiące zwykłych ludzi, przyłączali się do Ciebie światowego formatu artyści. Twój żar walki nie pozostawał nikogo obojętnym. Rzucałaś na kolana największych i najbardziej wówczas wpływowych polityków…

– Tak skarbie, było dokładnie tak jak mówisz – wzdycha, zgniata wypalonego papierosa w popielniczce, ponownie kieruje wzrok na mnie – Kiedy w sześćdziesiątym siódmym roku nastała w Grecji dyktatura, moja popularność jako aktorki sięgała zenitu. Cóż z tego jednak. Straciłam serce do śpiewu, tańca, gry… Jak mogłam pokazywać na scenie Grecję, której przecież już nie było?… Radzono mi, żebym to przemyślała. Nie było nad czym rozmyślać. Miałam oddanych przyjaciół, miałam mojego Julesa, ruszyłam w świat. Nie mogłam pozwolić temu właśnie światu zapomnieć o tym, że to właśnie Grecja podarowała mu demokrację, to na tej właśnie ziemi zrodziła się idea wolności. To tę właśnie ziemię ciemiężono i niewolono przez wieki. Moją duszę i serce wypełniało jedno tylko słowo: dość! Dość! Dość! Nie myślałam wówczas kategoriami politycznymi. Wykorzystałam jedynie swą popularność. Junta czarnych pułkowników pozbawiła mój naród wszystkiego tego, po co sięgnął wówczas świat, otrząsnąwszy się po tragedii spowodowanej drugą wojną światową: wolności, nadziei, marzeń. Spójrz tylko… W czasach mojego wygnania umarła w Grecji moja mama. Pozwolono mi uczestniczyć w pogrzebie. Z samolotu eskortowano mnie prosto na cmentarz, zaraz po ceremonii odwieziono mnie na lotnisko, wsadzono do samolotu i kazano się wynosić… – słowa te wypowiada niemal szeptem, z pochyloną głową. Tam, skąd do mnie przemawia, nie ma łez, ale może wibruje w niej jeszcze energia przeżytego smutku, żalu…

– Do Grecji wrócę po siedemdziesiątym czwartym roku. Udało się! Zakończył się okres siedmioletnich rządów dyktatorskich! W mojej ojczyźnie znów nastała demokracja! Cóż za radość! A ja… chciałam dalej być aktorką, ale powoli czułam, że wypaliłam się jako artystka… Coś jeszcze kręciłam z moim Julesem, próbowałam swoich sił w teatrze. Coraz częściej ówcześni greccy politycy namawiali mnie, abym wskrzesiła tradycję, zainicjowaną przez mojego dziadka. Abym i ja weszła w świat polityki. Uważano, że mam tyle do zaoferowania swej ojczyźnie… A grunt był taki płodny, było tyle do zrobienia. Szczególnie w sferze kultury… Nie od razu podjęłam się tego wyzwania jednak. Dopiero na początku lat osiemdziesiątych, kiedy ster rządu greckiego objął socjalista Andreas Papandreu, zostałam Panią Minister… – uśmiecha się promiennie – Jak zapewne wiesz, funkcję tę pełniłam dozgonnie. Pewnie pamiętasz – dodaje ze śmiechem – jak pod koniec lutego dziewięćdziesiątego czwartego roku odlatywałam do Ameryki, aby poddać się kolejnej operacji. Ach, to raczysko, zżarło mnie w końcu… – wybucha gromkim śmiechem. Wtedy nikomu nie było do śmiechu. Jej także. Chciała żyć. Miała dla kogo, miała po co. Miała zaledwie siedemdziesiąt cztery lata. Teraz jednak może się już ze wszystkiego śmiać. Nic nie boli. Cierpienie wessał czas. Pamięć nie boli. Choć może jednak troszkę boli. Cudownie byłoby mieć Melinę żywą, zarażającą swym temperamentem. Wszyscy mówiliby patrząc na nią : oto majestat Grecji w pełnej odsłonie, w znakomitym wydaniu…

– Odlatując do Ameryki, miałam na sobie dokładnie ten sam biały kostium, w którym teraz mnie widzisz. Obiecałam Grekom, że wrócę, że znów mi się uda oszukać przeznaczenie – śmieje się – za życia śmiała się głośno, „pełną piersią”, całą sobą – no i wróciłam, i to bardziej triumfalnie, niż mogłabym kiedykolwiek przypuszczać… Skarbie, przecież ty o tym wszystkim wiesz. Byłaś tam, stałaś zaledwie kilka metrów od mojej trumny. Widziałam cię. Tak jak widziałam tysiące tych, którzy przyszli mnie odprowadzić na miejsce mego ostatniego spoczynku… A tak w ogóle, to jak ty masz na imię słońce? – zaskakuje mnie tym pytaniem.

– Aleksandra. Jestem Polką

– Ale masz greckie imię! Ta, która się nie boi, która odpiera siły wroga…

– Melina, gdybyś tylko wiedziała, jak bardzo mnie wyraża moje imię…

– Wiem skarbie… – uśmiecha się tak serdecznie, że wstrzymuję oddech. I dodaje: Ja już sobie pójdę. Widzisz, nieopodal czeka na mnie mój Jules. Ach, nie może chwili beze mnie… Ja bez niego też zresztą. Tak czy inaczej, wiesz o mnie wszystko. Dopisz resztę sama. Przecież zna mnie twoje serce, we mnie między innymi przegląda się od lat twoja miłość do Grecji. Napisz o mnie, co tylko chcesz. Cóż ja mogę jeszcze dodać? Zresztą wiem, że mnie wypunktujesz, napiszesz, że byłam ostatnią boginią grecką. Ty to zrób. Jeśli ja to powiem, to wszyscy powiedzą, że się chwalę… – znów wybucha śmiechem. Kokietuje. Jak zwykle. A jest przy tym tak urocza, że nie można jej niczego odmówić. To dlatego umiała rzucić sobie pod nogi cały świat. Świat kultury, filmu, polityki, świat walki o wolność, na wszelkie sposoby pojmowanej…

Odwracam głowę od ekranu komputera. Spoglądam w okno. Biorę głęboki oddech.

Melina Merkouri w filmie „Nigdy w niedzielę”

Melina Merkouri. Kobieta niezwykła. Posągowa figura i nieprzeciętna wręcz uroda. Majestat. Ale i prostota. Połączenie nadzwyczaj surrealistyczne. Wielka aktorka. Nie przez ilość, lecz przez jakość. Przez lata trwania kariery, zagrała w dziewiętnastu filmach. Aż i zaledwie. Ale za to w jakich! Wolna i niepokorna „STELLA”. Ceną za wolność będzie śmierć. Film powstał w roku 1955. Była to jej pierwsza rola na dużym ekranie. Miała 35 lat. Aż i dopiero. Ot, cała Melina „aż i dopiero, aż i zaledwie”. Bez granic, bez ograniczeń, nie do ogarnięcia. Dla wielu aktorek tamtych czasów to schyłek kariery, dla niej triumfalny początek. Wielkie wrota prowadzące do świata filmu stają przed nią otworem. I masa nominacji, pierwsze nagrody. Wyjazd do Cannes. Choć o tym nie wie, to tam czeka na nią przeznaczenie. Jules Dassin. To właśnie z nim i dzięki niemu, podbije ekrany filmowe świata. „CHRYSTUS PONOWNIE UKRZYŻOWANY”. Jest wiejską grzesznicą, która staje się Marią Magdaleną. „NIGDY W NIEDZIELĘ”. Wolna i niepokorna Ilia. Rozśpiewany i roztańczony Pireus i jego mieszkańcy. Dzieci Pireusu… „FEDRA”. Majestatyczna, piękna, tajemnicza, w pętli swych pogmatwanych uczuć i emocji. „TOP KAPI”. Sprytna, przebiegła, uwodząca, gorąca jak Orient Elizabeth. Po drodze były jeszcze inne filmy, lepsze, gorsze, już nie firmowane nazwiskiem jej alter ego. Wielokrotnie w jej biografii pojawia się wątek, iż to właśnie Julesowi Dassinowi zawdzięcza swoją międzynarodową karierę aktorską. Być może. Ale przecież on miał Melinę. Posiadł skarb. A ona podarowała mu Grecję.

Ukochała też teatr. Już w czasie wojny stawiała pierwsze kroki sceniczne. Brylowała też na scenach francuskich. Stworzyła legendarne już kreacje w antycznych tragediach.

Kiedy nadszedł czas zanurzenia się w odmęty polityki, tu Mojry zapętliły nici, którymi oplatały Melinę od długiego już czasu, choć ona sama o tym jeszcze nie wiedziała. Były to lata osiemdziesiąte, narodziny innej, nowej Grecji współczesnych poczynań. Została parlamentarzystką reprezentującą okręg Pireusu. Dawna Ilia ze sławetnego i legendarnego już filmu wróciła na swoje dawne podwórko… Już jako Minister Kultury i Sztuki, rozpętała wielką, na skalę światową wręcz prowadzoną batalię o zwrot marmurów, skradzionych na początku XIX w. przez lorda Elgina i jego ludzi. Marmury te, będące od wieków dumą Greków, zdobiące świątynie na Akropolu, znalazły się w posiadaniu grabieżców historii. I tak jest do dziś. Walka trwa. Duch Meliny czuwa. Przed wielu, wielu laty, w jednej ze scen filmu „FEDRA”, oczekuje przybycia swego pasierba – kochanka w jednej z sal Muzeum Brytyjskiego. Salę tę ozdabiają kunsztowne rzeźby marmurowe zrabowane z Akropolu. Po latach upomni się o nie… W filmie „TOP KAPI” wtapia się w magię Konstantynopola, miasta, będącego odwieczną tęsknotą historyczną Greków…

Melina Merkouri dotyka rzeźb w Muzeum Brytyjskim. PA ARCHIVE/PA IMAGES

To jej Grecja zawdzięcza ustanowienie prawa o ochronie lokalnej architektury tego kraju, to dzięki niej powstała w Atenach sieć deptaków, łącząca najważniejsze tereny archeologiczne stolicy. To ona była pomysłodawczynią utworzenia, wybieranej corocznie „europejskiej stolicy kulturowej”. To dzięki niej narodził się pomysł utworzenia nowego Muzeum Akropolu, którego sale trwają w oczekiwaniu na zwrot zrabowanych dzieł sztuki antycznej… To dzięki niej wreszcie, Grecja ostatnich dziesięcioleci odnalazła i ustanowiła na dobre swą kulturową tożsamość.

Wszędzie tam, gdzie się pojawiała, elektryzowała otoczenie. Posągowa, władcza, nieustępliwa w swych poczynaniach i działaniach, zawsze była w centrum uwagi. Kiedy wierzyła w daną ideę, była jak lwica, broniąca swe młode. Bywała drapieżna, niecierpliwa, w jej zabiegach zawsze była pasja, ogień, temperament. Nie umiała inaczej. Oddawała się w pełni wszystkiemu, co kochała i w co wierzyła. I taka była do końca.

Wielokrotnie powtarzała, że nawet jeśli nie będzie jej już wśród żywych, to w dniu, w którym Marmury Akropolu wrócą do macierzy, narodzi się na nowo. I ja w to wierzę. W końcu boginie mogą wszystko. Nawet operując w zaświatach…

tekst: Aleksandra Nikolaidi