Polonorama

Marek Szlezer: „Staram się, aby granie na fortepianie, muzyka była częścią mojego życia, by nie zdominowała go całkowicie”

fot. Anita Wąsik-Płocińska

„Marek Szlezer słyszy i gra w szczególny sposób” – powiedział o nim Jean-Charles Hoffelé, wskazując na unikalną, surową urodę granych przez niego utworów. Szlezer nie tylko oddaje hołd wielkim wykonawcom i inspiruje swoją muzyką, ale jest również aktywnie zaangażowany w promocję muzyki polskiej w kraju i zagranicą, dokonując licznych odkryć i interpretacji utworów polskich kompozytorów XIX i XX wieku.

Rozpoczął Pan grę nauki na fortepianie już w wieku 5 lat. Czy to właśnie rodzice zaszczepili w Panu pasję do muzyki w tak wczesnym wieku?
Z pewnością. Pochodzę tak naprawdę z wielopokoleniowej rodziny muzycznej. Zarówno dziadkowie, jak i ojciec oraz matka (nie wspominając o dalszej rodzinie) byli zawodowymi muzykami. Z tego powodu muzyka była w rodzinnym domu nieustannie obecna, granie na instrumencie było czymś naturalnym. Tak to odbierałem jako dziecko. Prawie od urodzenia, ze względu na pracę rodziców chodziłem też do Filharmonii Krakowskiej i na Akademię Muzyczną. Ludzie tam pracujący byli dla mnie w jakimś sensie środowiskiem, w którym wzrastałem. A przy okazji, na próbach i na koncertach nasłuchałem się bardzo dużo muzyki.

Od początku widział Pan, że chce wiązać swoją przyszłość z muzyką?
Właściwie tak, chociaż trudno jest tak naprawdę chyba odpowiedzieć na to pytanie, jeżeli pochodzi się ze środowiska, w którym muzyka jest stale obecna. Nie pamiętam nawet początków swojej edukacji. Moim najwcześniejszym wspomnieniem związanym z fortepianem jest to, że mieszcząc się pod klawiaturą na stojąco sięgałem nad głowę i grałem jakieś melodyjki ze słuchu. Na początku grałem też na skrzypcach, ale jakoś nie lubiłem tego instrumentu. Jeszcze przed rozpoczęciem szkoły muzycznej mówiłem moim rodzicom, że „ja chcę na fortepian”.

Otrzymał Pan wiele wyróżnień i osiągnął ogromny sukces w branży muzycznej. Jakie wydarzenia uznałby Pan za najważniejsze dla swojej kariery?
Chyba byłyby to trzy wydarzenia: pierwszym jest z pewnością wygrana na międzynarodowym konkursie pianistycznym w Rzymie, gdy miałem lat 12. Nie tylko chodzi tutaj o samą rangę wydarzenia, ale też to że promocyjnie informacja o tym sukcesie „trafiła” wówczas w przestrzeń medialną. Pojawiły się liczne propozycje koncertowe, Telewizja Polska nakręciła o mnie film dokumentalny, pojawiałem się w programach dla młodzieży, jak „5-10-15” itd.. Na pewno ten konkurs zmienił więc moje życie, rzucił mnie w inną przestrzeń. Drugim istotnym wydarzeniem były otrzymane nagrody chopinowskie, jak nagroda Wydania Narodowego Dzieł Wszystkich, czy pierwsza nagroda na Konkursie Towarzystwa im. Fryderyka Chopina w Warszawie (obecnie konkurs ten organizuje NiFC). Trzecim, które uważam za ważne, jest odkrycie twórczości Jadwigi Sarneckiej i wydanie płyty z jej utworami fortepianowymi dla firmy DUX. Te dwa ostatnie wydarzenia spowodowały orientację mojego repertuaru solowego i całej aktywności edytorskiej oraz akademickiej wokół twórczości kompozytorów polskich.

Kto miał największy wpływ na rozwój Pana kariery? Posiada Pan jakiegoś idola?
Zabrzmi to może nieco banalnie, ale jest prawdą, że największy wpływ na to kim jestem jako pianista mieli moi nauczyciele, którym jestem nie tylko wdzięczny za to, że poświęcali mi niekiedy znacznie więcej czasu, niż powinni, ale też za to, że wykazywali się w stosunku do mnie dość daleko idącą cierpliwością. Sam będąc już wiele lat pedagogiem mogę z pewnością stwierdzić, że nie byłem tak do końca łatwym uczniem i studentem. Częścią mojej muzycznej natury jako wykonawcy jest pewien gen spontaniczności – nie potrafię powtórzyć danego utworu dwa razy tak samo, tylko zawsze wprowadzam jakieś lekkie warianty rozwiązań muzycznych pod wpływem chwili, przez co nie było łatwym zadaniem dla pedagogów by mnie okiełznać (śmiech). Co do muzycznych idoli, moim ulubionym pianistą i muzykiem jest od zawsze francuski pianista z pierwszej połowy XX wieku, Alfred Cortot, którego podziwiałem i podziwiam za walory artystyczne jego gry. Fascynują mnie też interpretacje Józefa Hofmanna, Artura Rubinsteina, Sergiusza Rachmaninowa, Sergio Fiorentino. Ogólnie, jestem wielkim fanem pianistów z odległej przeszłości. Nie oznacza to, że nie słucham wykonawców mojej generacji, czy młodszych. Bardzo cenię Aleksandra Gawryluka, Daniła Trifonowa czy Kate Liu.

Czy osiągnięcie obecnego poziomu gry kosztowało Pana wiele wyrzeczeń? Muzyka zawsze znajdowała się na pierwszym miejscu?
Muzyka na pewno znajdowała się zawsze na pierwszym miejscu, chociaż w młodości chyba nigdy w istocie nie czułem, że coś odrzucam na jej rzecz. Nie byłem z drugiej strony nigdy osobą, która lubiła ćwiczyć w totalnym zapamiętaniu po parę godzin dziennie – nie mówię tego, bo to ładnie brzmi, ale tak było w istocie. Interesowały mnie równocześnie: historia, w szczególności cesarstwa rzymskiego, gry komputerowe, motoryzacja i parę innych rzeczy. Ale to prawda, że osiągnięcie pewnego poziomu wykonawstwa w sztuce wiąże się z poświęceniem dużej ilości czasu na jej rzecz. Tak zwany sukces zawodowy zawsze też wiąże się z mniejszymi lub większymi wyrzeczeniami. Pytanie jest do jakiego stopnia jesteśmy w stanie ich dokonywać. Ja w pewnym momencie uznałem, że niezależnie od dalszego rozwoju mojej drogi muzycznej nie poświęcę na jej rzecz mojego życia osobistego. To prawda, że często zdarza się, że trzeba zacisnąć zęby i poćwiczyć, mimo, że żona i dzieci chciałyby bardzo abym w końcu poświęcił im swój czas, ale czasem trzeba też umieć poświęcić parę właściwych dźwięków na rzecz wyjścia gdzieś na randkę z własną żoną, czy do kina z synami lub na imprezę ze znajomymi. „Staram się, aby granie na fortepianie, muzyka była częścią mojego życia, by nie zdominowała go całkowicie”, bo i tak cały czas próbuje to zrobić (śmiech)

Wielokrotnie był Pan nagradzany za swoje wykonania utworów Fryderyka Chopina. Czy to Pana ulubiony kompozytor?
Tak, na pewno jeden z ulubionych. Jest też wielu innych, ale chyba statystycznej najczęściej wykonuję na koncertach właśnie jego utwory. Lubię grać monograficzne recitale chopinowskie. W jakiś sposób czuję się wtedy, jakbym powracał do domu.

Fryderyk Chopin miał niewątpliwie ogromny wpływ na polską kulturę. Na czym polega, Pana zdaniem, ponadczasowość jego twórczości?
W moim odczuciu, jest to przede wszystkim fakt, że utwory Chopina przemawiają wprost do ludzkich emocji, niezależnie od języka, koloru skóry, pochodzenia, czy wieku słuchacza każdy identyfikuje własne przeżycia i doświadczenia w jego muzyce. I w odróżnieniu od innych twórców muzycznych ma jedną, niezwykle ciekawą i oryginalną cechę – jego utwory każdy słuchacz odbiera bardzo „indywidualnie”, wręcz personalnie. Z drugiej strony Chopin był w stanie w swojej muzyce w jakiś tajemniczy sposób „stworzyć” i utrwalić uniwersalny obraz Polski i zawsze, kiedy słuchamy jego kompozycji, nawet nie lubiąc muzyki klasycznej mamy wrażenie, że przenosi nas ona do Ojczyzny. To niesamowite uczucie, szczególnie że nie dotyczy tylko Polaków. Moja żona, która jest Włoszką, pokochała polską kulturę właśnie dzięki Chopinowi.

Słucha Pan w wolnym czasie innej muzyki poza muzyką klasyczną?
Tak, oczywiście. Dużo muzyki filmowej, niekoniecznie bazującej na klasyce. Bardzo często puszczam sobie natomiast dla przyjemności klasykę jazzu i rocka.

Wraz z Janem Kalinowskim należy pan do duetu Cracow Duo. Przyjaźniliście się od dawna, co sprawiło jednak, że postanowiliście założyć wspólnie grupę muzyczną?

Z Jankiem znamy się od przedszkola muzycznego i od ponad 30 lat jesteśmy kolegami. Na studiach uznaliśmy, że poza graniem w gry komputerowe i wspólnym chodzeniem na imprezy zobaczymy, czy w muzyce jesteśmy ze sobą „kompatybilni” wykonawczo. Było to o tyle niepewne, że czasem ludzie nawet długo się znając w przypadku wspólnego grania na estradzie „rozmija” się pod względem stylu gry, czy oczekiwań. W naszym przypadku okazało się, że nasza współpraca przekłada się również na aspekt muzyczny. Jesteśmy dosyć różnymi osobowościami, ale w muzyce mówimy jednym głosem.

Obecnie prowadzi własną klasę fortepianu na Akademii Muzycznej im. Krzysztofa Pendereckiego w Krakowie. Jaka jest Pana zdaniem najważniejsza wiedza, jaką powinno się wynieść z takiego kursu?
Przede wszystkim moim celem jest wykształcenie świadomego i niezależnego artysty-muzyka, który umie krytycznie i autonomicznie oceniać siebie i innych. Tak postrzegam swoją rolę. Najważniejsze jest, by podczas wieloletniego procesu kształcenia muzycznego, przekazywania młodym ludziom środków technicznych i poglądów estetycznych nie zabić ich własnej oryginalności. W jakimś sensie moją rolą jest jedynie pomóc im „wydobyć” z nich coś, co już w nich gdzieś jest obecne tylko – poprzez blokady natury emocjonalnej, czy technicznej – nie może się w pełni zrealizować. Staram się nie tworzyć kopii siebie samego w swoich studentach, choć pewnie w jakiś sposób, nawet niechcący przekazuję im jakieś elementy własnej gry.

Jaką radę dałby Pan młodym twórcom, aspirującym do poważnej kariery muzycznej?
Przede wszystkim, aby wierzyli w swoje marzenia i byli wytrwali, nie poddawali się w nieustannym rozwoju swoich umiejętności. Żeby słuchali swojego artystycznego instynktu, by wiedzieć w czym czują się tak naprawdę najlepsi oraz mieli odwagę być oryginalni. Najwyższą wartością w sztuce są prostota i naturalność wyrazu ale są one osiągalne jedynie wtedy, kiedy jest się wiernym samemu sobie. To trudna droga, bo zawód muzyka wymaga faktycznie wielu wyrzeczeń, o czym mówiliśmy już wcześniej, ale też jest fantastycznym sposobem na życie, o ile jest się szczęśliwym i pogodzonym z samym sobą. Kiedy jest się pewnym, że znajduje się człowiek na właściwej sobie drodze.

Jest to pana drugi występ w Grecji. Czy może Pan podzielić się z nami tym doświadczeniem?
Bardzo mi miło powrócić do Grecji, szczególnie że ze względu na moje fascynacje kulturą starożytną od zawsze pragnąłem się w niej znaleźć. Paradoksalnie, po raz pierwszy odwiedziłem ją z koncertem dopiero w zeszłym roku. Nie miałem okazji nawet być na wakacjach na żadnej z wysp, bo zawsze jeżdżę raczej w kierunku Włoch, ze względu na to, że moje dzieci tęsknią za swoimi dziadkami w Rzymie i zawsze tam udajemy się w sezonie letnim. Bardzo lubię Greków i grecką publiczność, bo reaguje spontanicznie i daje poczucie bliskości wykonawcy.

Ma pan jakieś plany na najbliższą przyszłość, związane ze swoją karierą muzyczną?
Wkrótce ukaże się mój kolejny solowy album z utworami Fryderyka Chopina, nad którym pracowałem podczas pandemii. Jestem bardzo ciekaw jak zostanie przyjęty. Poza tym, razem z Janem będziemy mieli przyjemność dokonać prawykonania utworu Krzesimira Dębskiego napisanego w tym roku dla Cracow Duo. Wybieramy się też z koncertami do Korei Południowej, z kolejnymi prawykonaniami napisanych dla nas kompozycji przez Chang Min Parka i Marcela Chyrzyńskiego. W planie wydawniczym Polskiego Wydawnictwa Muzycznego i wydawnictwa Eufonium jest kilka kolejnych opracowań nutowych utworów kompozytorów polskich, których dokonałem w bieżącym roku.

zdjęcia, rozmawiała: Marzena Mavridis

Exit mobile version