Każdy kto zna Grecję, albo ma jakieś jej wyobrażenie na podstawie zdjęć i filmów wie że latem krajobraz składa się z morza nieba, skał i drzew oliwnych. Trawa zazwyczaj jest wypalona słońcem, a nagie skały są czasem porośnięte kolczastymi krzakami albo sosnami. Zielono jest w wyższych patiach gór na północy kraju, na przykład na stokach Olimpu czy Pindosu. Jest jednak takie miejsce w Grecji, dobrze znane Polakom, które zupełnie nie pasuje do tego obrazu, za to wygląda jakby było żywcem przeniesione z Kostaryki. Roślinność gęsta jak w dżungli, zieleń przez cały rok, a to wszystko na stokach gór i stromych klifach wcinających się w morze. Skąd taka roślinność w Grecji? Proszę Państwa, północne stoki Gór Ossa, czyli Kissavos mają największą sumę opadów w całej Grecji.

Zresztą nazwa Kissavos, wzięła się od słowa Kisza oznaczającego deszcz w niektórych językach słowiańskich. Od strony Larisy góry są gołe, z rzadka porośnięte jakimś sucholubnym krzakiem, a od południowej? Sceneria jak z filmów „Witajcie w dżungli” albo „Jurrasaic Park”. Nieprzebyty gąszcz i eksplozja zieleni. Poza urozmaiconą i malowniczą linią wybrzeża i górami schodzącymi do morza, okolica obfituje w liczne malutkie plaże, zarówno skaliste, kamieniste jak i piaszczyste. A dla miłośników wypraw w górski las atrakcją będą jeziorka Kalypso, wodospady i oczywiście szczyt Ossa. Swoją nazwę wioska zawdzięcza źródłom z taką zawartością związków żelaza, że koryto zabarwione jest na kolor ceglasty.

Woda ma działania lecznicze i zarówno można ją pić, jak i się w niej kąpać. Dla miłośników kąpieli są baseny albo źródło w lesie, do którego można wejść. Sama miejscowość znana jest z czasów Bizancjum, kiedy to na wzgórzu stał zamek broniący wybrzeży. Dziś w leśnym gąszczu można znaleźć most bizantyński i ruiny klasztorów z tamtego okresu. Okolica jest bardzo bogata w różne atrakcje dla miłośników aktywnego wypoczynku. Jest i gdzie chodzić i gdzie pojechać rowerem. Każdego dnia można odwiedzić jakieś nowe miejsce. Kolejna atrakcja to specyficzny mikroklimat. W Kokkino Nero jest zazwyczaj 5, 6 stopni chłodniej niż na odległej zaledwie o 30 kilometrów Riwierze Olimpijskiej, a różnica temperatur między wioską a Larissą, sięga zazwyczaj 10 stopni Celsjusza! Larissa się smaży w 40 stopniowym upale, a u nas jest 30. Wieczorami, gdy chłodne powietrze schodzi z gór, jest jeszcze chłodniej. Po prostu nie trzeba używać klimatyzacji w Grecji w środku lata. Woda w morzu jest tak samo ciepła, dni nie aż tak upalne, a wieczory rześkie. Łagodnemu klimatowi sprzyja też fakt, że w miejscowości zachowano stare drzewa. Całe Kokkino Nero jest więc zacienione. Mimo niewielkich rozmiarów wioska posiada całą infrastrukturę turystyczną.

W bliskim sąsiedztwie są bary plażowe, kawiarnie z basenem, hotele, pensjonaty i tawerny. Miejscowość jest bardzo tradycyjna, nie widać tu ani komercji nie ma też pośpiechu. Kuchnia w lokalnych tawernach jest jedną z lepszych jakie udało mi się spotkać w Grecji. Produkty pochodzą z lokalnych ogródków, wioskowego rzeźnika, a ryby są poławiane w zatoce i przywożone do portu Palouria, odległego o 5 kilometrów od Kokkino Nero. Dla mnie to taki mały raj na ziemi. Miejscowość będąca materializacja wyobrażeń jakie miałem czytając w młodości książki albo oglądając filmy. W Grecji czasem jest tak, że ludzie zakochują się w pierwszej miejscowości jaka odwiedza. Czasem sobie takowej szukają i znajdują po latach. Gdy ponad 20 lat temu wjechałem do Kokkino Nero, miałem wrażenie, że odwiedzam wyspę, na której rozgrywała się akcja Parku Jurajskiego. Albo małą osadę założoną przez misjonarzy w dżungli amazońskiej z filmu „Misja”. Czyli moje wyobrażenia o Kostaryce.

Zimą czy jesienią z Kokkino Nero wygląda mi jak mała osada rybacka czy port dla poławiaczy wielorybów z powieści Jack Londona. Latem jak mały karaibski port z powieści Ernesta Hemingwaya. Jako że w Kokkino Nero stałych mieszkańców jest mało, między ludźmi są bardzo bliskie więzi, które też łatwo nawiązać przyjeżdżającym. Tu nikt nie jest anonimowym turystą. Mieszkańcy to Greccy górale pochodzący z Meliwii albo Karitsy, więc czuć prawdziwą gościnność. Nie taką turystyczną, za pieniądze, ale prawdziwą. Ludzie są temperamentni, emocjonalni, ale serdeczni. Turystykę praktykują trochę dla kontaktu z ludźmi, bo żyją przede wszystkim z rolnictwa i hodowli. W wiosce jest tak, że jak ktoś się raz przyjdzie to już wszystkich zna i wszyscy się cieszą, że go widza. A jak ktoś się wybierze po raz drugi, to go miejscowi witają jak krewnego co wrócił po dłuższej nieobecności. Urok miejsca jest taki, że co widziałem po raz pierwszy, odkąd mam kontakt z branżą turystyczną, niektórzy potrafią przyjeżdżać trzy razy w ciągu jednych wakacji, albo jak teraz wynajmować sobie apartament na 2, 3 miesiące. Mała zielona osada otoczona z trzech stron górami, takie jest to Kokkino Nero. Tu rzeczywiście czas płynie wolno, a życie przypomina to z Doliny Muminków albo Chatki Puchatka.

Grecy, którzy pierwszy raz tu przyjeżdżają, mają wrażenie, że odnajdują Grecję z czarno białych filmów. Co rano przyjeżdża pickup z owocami i warzywami, babcie ubrano na czarno sprzedają przy drodze miód oliwę i ręcznie wyrabiane mydło, a dwa razy w tygodniu można kupić rybę prosto z samochodu rybaków. Na miejscu można sobie nurkować z maska i rurką, część wybrzeży jest skalista, można łowić ryby z kamiennego cypla, odwiedzić maleńkie plaże do których prowadzą tajemnicze leśne ścieżki lub odwiedzić Karitsę, pobliską wioskę położoną na stromych stokach gór Ossa. Kto szuka czegoś naprawdę egzotycznego w Grecji powinien Kokkino Nero odwiedzić. Tym bardziej, że w obecnym sezonie, z uwagi na brak turystów z Serbii, ceny apartamentów znacząco spadły.

Tekst, zdjęcia : Christian Arnidis , autor przewodnika „Moja Grecja”