Mam dla Was bardzo ciekawy, wartościowy wywiad z „dinozaurem Krety” jak sama o sobie mówi Iza. Dla mnie Iza to jedna z tych osób, która zawsze znajdzie czas i otwartość na drugiego człowieka. Pasjonatka natury, smaku, chętna poznawać nowych ludzi…Silna kobieta o wielkim sercu. Odnajduje wielką radość w przemierzaniu dzikich szlaków.

Iza w zasadzie nie pamiętam jak Cię poznałam, ale odkąd pamiętam szybko znalazłyśmy wspólną płaszczyznę do wymiany doświadczeń kulinarnych. To Twoja pasja?
Pasja? To za dużo powiedziane, po prostu lubię gotować, a największą radość sprawia mi, kiedy robię to dla innych. Cieszę się, kiedy ktoś jest ciekawy poznawania nowych smaków, tak jak ja, kiedy tu przyjechałam. Musze się tu przyznać, że na samym początku to tak nie wyglądało, bardziej chciałam pokazać rodzinie męża, że jestem otwarta, miła i że można mnie po plecach poklepać i powiedzieć jest nasza. Miałam ogromną potrzebę akceptacji. Moje pierwsze spotkania z nieznanymi dla mnie potrawami wyglądały mniej więcej tak… przeżuwałam je z uśmiechem na ustach, a oczami wyobraźni w odwecie widziałam, jak ich częstuje tatarem. 😉 Bardzo dużo nauczyłam się od teściowej, ona była moją pierwszą nauczycielką. Przyglądałam się, dopytywałam…nagle okazało się, że różne dziko rosnące rośliny zbierane przez moją teściową, nie są dla królików tylko są smakowitym dodatkiem do ryb czy mięs, że nawet moussaka może być bezmięsna i równie smaczna. Autentyczna kuchnia kreteńska jest prosta. Kiedyś nie było prądu, ludzie mieszkający w górach czy w innych niedostępnych terenach musieli być samowystarczalni. Wszystko co trafiało na stół pochodziło z domowych upraw, ogrodów i tego co uzbierano w górach do tego wszelkie produkty mleczne, bo owiec i kóz jest tutaj pod dostatkiem. I właśnie taką kuchnie pokazała mi teściowa.

Czy jakaś potrawa z tych jakie odsłoniły na początku kuchnie kreteńską podbiła Twoje serce, lub kubki smakowe w szczególny sposób?
Oczywiście i była to mątwa duszona w garnku z pomidorami z (ο μάραθος) maratho jest to rodzaj kopru.

A może jest jakaś, której po dziś dzień nie uznajesz, nie lubisz?
Nie przepadam za gardoumia (γαρδουμια), danie przygotowane z żołądka i jelit, taki daleki krewny naszych flaków i nie chodzi mi o to że danie jest niesmaczne, ale najlepiej jak je zrobię sama i mam pewność że jelita naprawdę są czyste, w przeciwnym wypadku…..apetyt znika.😏
Iza przez te wszystkie lata nabrałaś doświadczenia, dla mnie jesteś jedną z tych osób, która w temacie kuchni kreteńskiej rozwieje wątpliwości i poprowadzi właściwą drogą balansu smaku. Podobno przybywając na Kretę nie pomyślałaś, że będziesz pracowała w tawernie? Ten etap to kolejne bogate doświadczenie z kuchnią kreteńską. Opowiesz nam o nim?
To może zacznę od początku. 🙂 Zanim rozpoczęłam prace w tawernie, przez 10 lat prowadziliśmy sklep ze sprzętem komputerowym i szkołę informatyczną. W tamtym momencie mojego życia tawerna to nie był mój świat, nawet przez myśl by mi nie przeszło że mogłabym tam pracować, choć bardzo lubiłam gotować, ale życie pisze swoje scenariusze…jedno zdarzenie sprawia że nic już nie będzie takie jak wcześniej, wpadasz w czarną dziurę i lecisz, lecisz w dół, bo jest ci wszystko jedno…

Doznaliśmy najgorszej straty, o jakiej nie chciałabym pisać, bo pomimo że minęło 14 lat to nadal jest to żywa rana takie przeżycie przewartościowuje dosłownie wszystko.
W pewnym momencie zamknęliśmy sklep, szkołę…nie bardzo wiedziałam co ze sobą zrobię. Mąż miał swoją pracę, a ja…oprócz opieki nad zwierzętami, nic…takie wielkie NIC, więc żeby to nic zamieniło się w coś i żebym wyszła z domu, postanowiłam że spytam się jednej z mam których dzieci przychodziły do nas na zajęcia, czy nie potrzebują kogoś do pomocy w tawernie….nie będę opisywać zdziwienia na twarzy tej kobiety, ani zdziwienia mojego męża, bo to nie chodziło o nich tylko o mnie… chyba myśleli że sobie nie poradzę, albo że mi odbiło. 🙃Pierwsze tygodnie w pracy, to nie była praca w kuchni, tylko na zmywaku… tak, tak…po jakimś czasie stałam się królową zmywaka 😜czym więcej przybywało klientów tym częściej wołano mnie do kuchni, nagle okazało się że jestem dobra w tym co robię, a zajmowałam się smażeniem, wykańczaniem sosów, przygotowaniem dań z owoców morza…pracowałam codziennie po 10 godzin, bo w sezonie nie ma dni wolnych i byłam szczęśliwa. Wracałam do domu z uśmiechem na twarzy i ciągle się zastanawiałam, dlaczego tyle lat straciłam siedząc w sklepie. W tawernie pracowałam 5 lat przez ten czas poznałam dwie wspaniałe kobiety, które gotowały tam, tak jak we własnym domu. Wprowadziły mnie w swój świat i wiele mnie nauczyły. Byłam dla nich zagadką, bo miałam owce, a nie robiłam serów, one robiły sery, zabijały i oprawiały owce, a ja swoim owcom nadawałam imiona i robiłam zdjęcia. 😆

Nie zbadane są wyroki…Nie sposób wszystkiego zaplanować, tak jak mówisz, los bywa przewrotny… Pamiętam, że kiedy zaproponowałam Ci wywiad, odparłaś, że można stworzyć taki cykl o dinozaurach z Krety i aspirujesz do tej grupy. To ja od razu mówię, że cykl ten raczej bym podpisała ludzie z tytanu!
Tak ludzie z tytanu to lepsze określenie. Jest nas wiele w różnych rejonach wyspy. Osobiście znam trzy, które pojawiły się tutaj o wiele lat wcześniej przede mną i z pewnością wiele mogłyby powiedzieć o przemianie jaka zachodziła na Krecie na przestrzeni 40 lat i więcej…i o tym jak to wpłynęło na ich życie. Ogromne znaczenie ma też środowisko w jakim stawiasz swoje pierwsze kroki…czy jest to wieś, czy miasto. Każda z nas ma swoją historie, wszystkie chciałyśmy się realizować w życiu osobistym i zawodowym z różnym skutkiem. Wszystkie są kobietami z tytanu, bo nie jest łatwo spędzić życie na obczyźnie, trzeba pokonać barierę językową, poznać kulturę, mentalność, szanować odmienność, a jednocześnie żyć w zgodzie z sobą.

Zatem ile już mieszkasz na Krecie? Czas na odkrycie tej zagadki. 🙂Czy zaczęło się od wakacyjnej przygody, czy jakiś inny powód przywiódł Cię na wyspę?
Moja przygoda z Kretą zaczęła się 30 lat temu, nie przyjechałam żeby poznać wyspę, ale po to żeby poznać przyszłych teściów. Byłam przerażona, myślę, że oni też…
Z mężem poznaliśmy się we Wrocławiu, studiował na politechnice…. tak zaczęła się nasza historia, która trwa do dziś. Moi teściowie to byli prości, skromni ludzie mieszkający na wsi. Syn dostał stypendium, żeby studiować, a tu proszę bardzo, jeszcze bez dyplomu a z narzeczoną. 😉Pomimo niepewności i różnych scenariuszy, które podsuwała mi wyobraźnia, zostałam bardzo dobrze przyjęta. Już w pierwszy dzień były zaręczyny. W tamtym okresie byłam drugą cudzoziemką, która pojawiła się na wsi jako narzeczona. To czas, kiedy na moją Falassarne tylko nieliczni turyści docierali. Nie było wiodących do niej dróg, o autobusie już nie wspomnę…albo Balos… gdzie zanurzając ręce w piasek wyciągaliśmy kidonia i nie mam tutaj na myśli pigwy tylko małże, które jedliśmy surowe. Teraz rzadko je znajdziesz. Wtedy na Balos docierało bardzo mało turystów… Ludzie byli bardzo serdeczni i przyjaźni (na szczęście to się nie zmieniło) i bardzo ciekawi co w tej naszej Polsce się dzieje.

Z perspektywy lat, doświadczeń, zmian jakie zachodzą na wyspie jesteś tu szczęśliwa?
Szczęśliwa…szczęście to świadomość docenienia tego co mam…tu jest mój syn, mąż, przyjaciele, mój dom….większość mojego życia spędziłam tutaj. Dojrzewałam jako matka, jako kobieta…

Z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że tak, jestem tutaj szczęśliwa…wyspa, wioska stała się moim miejscem, gdzie czuje się dobrze, kocham wędrówki, morze i gotowanie…banalnie to zabrzmi, ale traumatyczne przeżycie sprawiło, że to doceniłam. Chwytam dobre chwile, bo krótko trwają, ale dają poczucie szczęścia i naprawdę nie ma znaczenia, gdzie żyjesz.

Piękna definicja szczęścia. ❤️
Iza nie boisz się ciężkiej pracy, jestem pełna podziwu dla Twojej niezłomności przy zbiorach oliwek. Nie da się ukryć, to nie jest łatwa praca. I potwierdzą to nawet rośli i silni mężczyźni.
Moje pierwsze zetknięcie się ze zbiorami oliwek to był horror…to była moja pierwsza zima na Krecie po naszej przeprowadzce na stałe. Mój mąż szedł do wojska, bo w Grecji służba wojskowa jest obowiązkowa. Miałam zostać na wsi z moją córcią i teściami, tak jak już wspominałam cudowni ludzie, ale nagle sobie uświadomiłam, że to tak naprawdę obcy ludzie, że my się tak naprawdę nie znamy, bo do tej pory przyjeżdżaliśmy tylko na dwa miesiące podczas wakacji, żeby pracować, żeby móc się utrzymać w Polsce przez pozostały rok…tak, tak kiedyś to było możliwe. Wracając do tematu moich pierwszych zbiorów, ja, mój mąż, teściowa i oczywiście gaj oliwny. Sprzęt to siatki rozłożone pod drzewem, mąż z markoutsi (tyczka ze śmigiełkami) podłączona do generatora, a teściowa uzbrojona w…??? grabki….grabki jak dla dzieci bawiących się w piaskownicy…też takie od razu dostałam żebym nie czuła się pokrzywdzona 😆 i tymi grabkami sczesywałyśmy oliwki z gałęzi…oczywiście chciałam pokazać, że zbieranie oliwek to dla mnie błahostka i że w tym momencie spełnia się marzenie mojego życia… wynik teściowa dwa drzewa zebrane, ja pół drzewa popękane bąble na dłoniach i uczucie porażki.

Jak wiadomo my dziewczyny z Polski tak łatwo się nie poddajemy, mąż poszedł do wojska, a ja dorwałam się do markutsi i to była miłość od pierwszego spojrzenia. 😜Kiedy zbieram oliwki zawsze wracam pamięcią do tego pierwszego razu i myślę o mojej teściowej i innych kobietach, które często same zbierały oliwki kilka miesięcy, właśnie tymi grabkami, czy zbijały je kijami, nie było dróg, zamiast samochodu muł albo piesza wędrówka, ciężkie czasy…Oliwki zostały, metody zbiorów zostały ulepszone. Kto ma oliwki i sprzyja mu pogoda, zajmuje się zbiorami i nie mam tu na myśli tylko rolników. Chyba nie przesadzę jak powiem, że co druga osoba na Krecie jak się jej spytasz to odpowie ci, że ma oliwki. My też. 🙂Praca nie jest łatwa ani lekka, ale mnie zawsze się podobała. Pracuje u siebie, więc to ja i pogoda wyznaczamy tempo. Zdarza się, że pracuje sama, nigdy nie miałam z tym problemu, zresztą nie posiadamy takiej ilości drzew, że byśmy nie mogli sobie z tym sami poradzić. Zbiorów nie traktuje jako zła koniecznego, bo po prostu to lubię, mogę się zająć sobą i swoim myślami, to mnie odpręża, a kiedy jest piękna słoneczna pogoda i słyszę morze to pojawia się taki diabełek w głowie, który kusi i szepcze „Izka trzeba się wykąpać”, więc kończę wcześniej i….ulegam pokusie.

Kiedyś nawet przez myśl by mi to nie przeszło, co by na to powiedziała moja teściowa to nawet nie wspomnę….
Na koniec jest zawsze ogromna satysfakcja kiedy widzisz ze twój trud się opłacił, masz w domu własną oliwę dla siebie i dla innych.

Można powiedzieć że takie zbiory działają terapeutycznie, poza oczywiście tężyzną fizyczną, którą trenują. 🙂 Czym zajmujesz się na co dzień, w sezonie?
Moimi gośćmi 🙂mam dwa mieszkania dla turystów.
Są to dwie różne oferty, jedna to parter naszego domu na wsi. Druga to nowoczesny apartament w Chania. Bliższy kontakt mam z letnikami na wsi. Zazwyczaj są to ludzie, którzy unikają hoteli, chcą poznać codzienne życie kreteńskiej wsi, gdzie pianie koguta budzi cię o poranku, a za drzwiami siedzi gromadka kotów czekająca na jakieś smakołyki. Są to ludzie, którzy są ciekawi zwyczajów, tradycji oraz kuchni regionalnej. Zdarza się, że kiedy wyjeżdżają, wiem, że spotkamy się ponownie i że to jest początek nowych serdecznych relacji. Zapewniam Cię, że mam co robić nie zapominając także o nas. Każdą wolną chwile staramy się wykorzystać i nacieszyć się latem i sobą. ❤️

A co poza sezonem?
Oliwki. 🙃😜🙂

Iza mam nadzieje do zobaczenia niebawem, Kreta o jakiej piszesz i jaką przed nami odsłoniłaś to nasze miejsce na Ziemi. Jak piszesz szczęście to ulotne chwile i można go zaznać wszędzie, ale na Krecie jakoś mocniej je czujemy. ❤️
Dziękuję Ci za wspaniałą rozmowę.

rozmawiała: Agnieszka Smolińska – Mikos, miłośniczka Grecji, poświęca każdą wolną chwilę na poznawanie kultury, historii, ale jej życiową pasją są kulinaria z umiłowaniem kuchni greckiej.

fot. zdjęcia prywatne