Dlaczego uwielbiam poniedziałki? Rozpoczyna się nowy tydzień, a wraz z nim moje myśli zaczynają szaleć wokół jednego: gdzie by tu się wybrać w niedzielę! I w taki to sposób mam cały tydzień zapełniony szukaniem nowych szlaków, które chciałbym przemierzać rowerem.

Niby wybór łatwy, ale często mam tylko niedzielę, a dróg do odkrycia tak wiele.
Niedziela 5.30 odgłos budzika tak znienawidzony w ciągu tygodnia, a teraz upragniony sygnał. Wstajemy szybko ogarniamy się, sprawdzamy czy wszystko mamy ze sobą. Rowery są, pogoda jest, więc możemy ruszać. Cały tydzień czekałam na ten dzień!

Egino nadchodzimy!

Dlaczego Egina?
Jest to bardzo malownicza i klimatyczna wyspa, która znajduje się niedaleko Aten. Ma wiele różnorodnych atrakcji, co pozwoli każdemu znaleźć coś dla siebie.

My już mieliśmy zrobioną listę miejsc, które chcielibyśmy zobaczyć więc możemy wyruszać! Ale po kolei.

Do portu zajeżdżamy jak zawsze spóźnieni. Chcemy wypłynąć pierwszym promem, by nie tracić ani minuty z naszego pobytu na wyspie. Na prom wchodzimy 4 minuty przed wypłynięciem, ale najważniejsze, że się udało. Teraz można się zrelaksować, zjeść śniadanie, wypić kawę i delektować się widokiem morza. Postanowiliśmy zwiedzić Eginę na rowerach i był to super pomysł.

Po godzinie dopływamy do portu głównego na Eginie. Końcówka września idealny czas na zwiedzanie. Czuć jeszcze atmosferę wakacji, ale już nie ma tylu turystów. Pogoda idealna. W powietrzu czuć zapach pistacji – skarb Eginy. To właśnie z gajów pistacjowych słynie wyspa. Nieprzyjazne warunki dla większości drzew – suchy klimat, słabe gleby wapienne, bliskość morza – okazały się spektakularnie korzystne dla pistacji. Już w samym porcie można się zachwycać różnorodnością wyrobów z pistacji. Wrzesień to dobry moment, by odwiedzić tą wyspę, bo wtedy właśnie odbywa się największy festiwal pistacjowy, który przypada w okolicach połowy września.

Wyjeżdżając z portu postanowiliśmy pokręcić się trochę po centrum Eginy i poszukać najciekawszych miejsc, które warto zwiedzić. Przy wyjeździe z portu, po lewej stronie stały powozy z pięknie przystrojonymi koniami. Jak ktoś ma ochotę może zrobić sobie przejażdżkę takim powozem. Koszt to około 15 euro, choć myślę, że negocjacje są wskazane.

My natomiast wjechaliśmy w pierwszą wąską uliczkę i tam zagubiliśmy się na ponad godzinę. Cudowne kolorowe uliczki z magazynami, sklepami, piekarniami i lokalnymi wyrobami. Przed 9.00 wszystko było jeszcze zamknięte, a uliczki były puste więc zwiedzanie i gubienie się w nich sprawiało nam ogromną radość. Jeżdżąc tak po uśpionych uliczkach dotarliśmy to pierwszej z atrakcji Eginy – Wieży Markellos.

Jak podają źródła historyczne, została wybudowana ok. 1802 r. przez Spyrosa Markellosa, członka greckiego parlamentu i jednego z przywódców wojny o niepodległość (1821-1829), gdy Grecja była okupowana przez Turcję. Znajduje się niedaleko centrum miasta i polecam wszystkim, by ją odwiedzili – można poczuć klimat tamtych czasów.

Następnie wróciliśmy na główną ulicę i ruszyliśmy w stronę Świątyni. Okazało się, że otwierają ją dopiero o godzinie 10:00, więc obejrzeliśmy ruiny z ulicy i pojechaliśmy dalej. Po drodze minęliśmy znajdującą się obok popularną plażę Kolona Beach, ale ją zostawiliśmy sobie na koniec.

Udaliśmy się w kierunku dzielnicy Kipseli. Droga była pusta, asfaltowa więc na rowerze jechało się bez większych trudności. Małe wzniesienia, kilka górek i dojechaliśmy do Souvala, gdzie znajduje się piękna malownicza przystań z mnóstwem kolorowych łodzi rybackich. Warto przysiąść na chwilę na pobliskiej ławeczce i delektować się cudownym widokiem. Obok znajdują się liczne kawiarnie oraz tawerny.

My jednak zdecydowaliśmy się, by z przystani ruszyć w stronę plaży, o której słyszeliśmy, że jest godna odwiedzenia – plaża Loutra Souvala (Beach Baths Souvala). Jeżeli będziecie jechać w te okolice wypatrujcie znajdującego się w pobliżu ponad 3 metrowego kaktusa!

Droga nadal była asfaltowa i czuło się w nogach, że jest ciągle pod górkę. Jednak nie była to ciężka trasa. Gdy dotarliśmy na plażę skorzystaliśmy z okazji i schłodziliśmy się w morzu. Dno jest tam piaszczyste i aż nie chciało się wychodzić z ciepłego morza, ale przed nami jeszcze sporo do zwiedzania. Zebraliśmy się więc i ruszyliśmy w stronę Paleochora – wyludnionej miejscowości wybudowanej w IX wieku dla ochrony przez piratami, która została jednak w 1537r. poważnie zniszczona przez tureckiego korsarza Barbarossę. Do dziś pozostało ok. 20 spośród 365 – po jednym na każdy dzień roku – wybudowanych tu kościołów i monasterów. Droga prowadziła ciągle pod górkę, ale widoki jakich doznały nasze oczy były warte wysiłku. W połowie drogi do Paleochora można natknąć się na tabliczkę informującą, że jest trasa rowerowa oraz trasa dla zapalonych wędrowców.

Trasa ta prowadzi przez piękny las, aż do Paleochora.

My jednak postanowiliśmy dalej wspinać się asfaltem – ze względu na widoki nasz wysiłek był wart każdej kropli potu.
W końcu dotarliśmy.

W Paleochora spędziliśmy cudowne chwile. Można tam w cieniu drzew usiąść przy ruinach starego kamiennego kościoła i zamyślić się nad historią tej wioski. Zarezerwujcie sobie więcej czasu na zwiedzanie tego miejsca, bo naprawdę można poczuć klimat tamtych czasów spacerując wśród ruin.

Po rozmyślaniach przy ruinach nadszedł czas na super zjazd prowadzący do Bazyliki św. Nektariusza, która została wybudowana w latach 1904 – 1910. Jej konstrukcja jest wyjątkowa i zachwycająca. Przepiękny potężny kościół, który koniecznie trzeba zobaczyć w środku. Przy bramie siedzi sympatyczny ksiądz, który chętnie zrobi wam zdjęcia. Mnie urzekły jego niesamowicie niebieskie oczy i ogromne poczucie humoru. Przy robieniu zdjęć dał mi cenne wskazówki do pozowania oraz gorąco zachęcał, bym obejrzała kościół w środku. Jednak uważałam, że mój strój nie za bardzo pasuje do odwiedzin murów kościelnych, choć mój duchowny fotograf machnął ręką i stwierdził, że mogę tak iść 🙂 Nie ryzykowałam i podziękowałam księdzu Notariuszowi za zdjęcia obiecując, że przy następnej wizycie wejdę do kościoła.

Zaraz na przeciwko znajduje się droga, która prowadzi do klasztoru Panagia Chrysoleontissa.

My jednak chcieliśmy zobaczyć inną atrakcję i ruszyliśmy w stronę starożytnego gaju oliwnego. To Dolina Eleonas – ukryte w głębi lądu miejsce, które przez stulecia było dla mieszkańców wyspy źródłem cennej oliwy.

Jednak droga do tego cudownego drzewa prowadziła z górki i taką mieliśmy frajdę ze zjazdu, że pogubiliśmy trochę drogę.

Nie mieliśmy już więcej czasu na odwiedzenie tego miejsca. Jednak wszystko ma swoje dobre strony, bo zostawiliśmy sobie jeszcze kilka cudownych zakątków do odwiedzenia na Eginie i to będzie dobry powód, by znów odwiedzić tę „wyspę skarbów” na rowerze – rozpocząć podróż w drugą stronę, by odwiedzić to piękne drzewo oliwkowe i Temple of Aphaia czyli Świątynię Afai, która robi spektakularne wrażenie i z pewnością jest godna odwiedzin. Mamy jeszcze na liście przepiękną malutką wyspę Moni, na której można spotkać żyjące w lesie jelenie. Ma równie 2 piękne plaże, a dotarcie do niej to tylko 10 min łódką.

A tymczasem nadszedł czas na jakiś posiłek, na obowiązkowe lody pistacjowe oraz plażę. Ruszyliśmy w stronę portu. Była późna popołudniowa pora, miasto zaczęło tętnić życiem. Postanowiliśmy znów zanurzyć się w cudownym labiryncie uliczek, by z ogromną przyjemnością pogubić się w poszukiwaniu miejsca na posiłek i lody. Przypadkiem też natrafiliśmy na uliczkę parasoli, która bardzo mi się spodobała.

Po dniu pełnych wrażeń pojechaliśmy na plażę Kolona. Znaleźliśmy idealne miejsce z widokiem na ruiny Apolonia. Plaża jest kamienista, ale nam to nie przeszkadzało.

Wyspa bardzo pozytywnie nas zaskoczyła swoimi kolorami, zapachem pistacji, różnorodnością atrakcji. Każdy może znaleźć coś dla siebie i naprawdę spędzić cudowny dzień.

Na koniec polecam powrót do Aten w godzinach zachodzącego słońca. Niesamowity widok, który zapada w pamięć. Oddalająca się wyspa, skąpana w czerwieni zachodzącego słońca – naprawdę warto to zobaczyć.

Podsumowując naszą wyprawę muszę przyznać, że świetnie spędziłam czas. Jako rowerzystka dostałam dobry teren, w większości asfaltowy z licznymi wzniesieniami i górkami, czyli są jakieś wyzwania, ale i również super zjazdy. Wyspa jest zielona, tak więc widoki były miłe dla oczu. Ludzie przyjaźnie machali do nas na powitanie, co dało nam do zrozumienia, że rowerzyści są tam mile widziani. Dostało mi się też garść pistacji, bo jak stwierdził sprzedawca, my rowerzyści potrzebujemy energii. Po codziennych walkach na ateńskich ulicach jako rowerzystka, takie miłe traktowanie bardzo przypadło mi do gustu.

Już mamy zaplanowaną kolejną wizytę na tej pięknej wyspie i z pewnością wrócimy tam z ogromną radością i chęcią.

Pozdrowerek Sylwia i Paweł
Zdjęcia prywatne autorów tekstu

Wasza opinia