Diamentowy szlak nigdy się nie kończy…

Jeszcze nie otwieram oczu, wsłuchuje się w poranną muzykę natury. Fale odbijające się o brzeg, gdzieś już nieśmiało swój koncert zaczynają cykady, powiew wiatru rozbudza liście w pobliskim lesie. Czy to sen? Nie, to mój idealny poranek nad jeziorem, który właśnie zapisuję w swojej pamięci by móc do niego często wracać. Chwilo trwaj! Odsuwam zamek w namiocie by również i oczy mogły nacieszyć się tym widokiem. Niesamowite – cała dwu kilometrowa plaża tylko dla nas. 😍

Po wczorajszym pięknie przeżytym dniu warto kontynuować podróż i ruszać na szlak.
Po kawie i śniadaniu na plaży, wyruszamy by odkryć kolejny diamencik tego regionu. Dojeżdżamy do skrzyżowania, gdzie droga prowadzi na Milokopi i jedziemy w tym kierunku. Mijamy piękne sady z drzewami oliwnymi, następnie małe miasteczka w dolinie i dojeżdżamy do dróżki, która poprowadzi nas do ukrytego raju.

Nikt nas nie zapewniał, że droga do raju będzie łatwą drogą.

My to chyba już specjalnie robimy, że mamy przed sobą prostą ścieżkę do obranego celu, ale skręcamy w jakieś inne i błądzimy. 😂 I tak teraz było. Wyprowadziłam nas na jakieś skały, gdzie spokojnie stał sobie rybak i łowił rybki, a tu zjawiam się ja z niezadowoloną miną. No przecież tu miała być Jaskinia fok (Σπηλιά της φώκιας).

Pytam się więc rybaka o jaskinię, twierdzi, że nie słyszał o niej i wyciąga telefon by sprawdzić. Przecież ja też z telefonem jestem i szliśmy według moich ścieżek. 🙄 Trzeba było słuchać Pawła i już na początku, jak kazał, iść prosto. Ale to nie mogło być dla mnie aż takie proste, więc ja po swojemu, no i masz babo placek, teraz rybak również oświecił mnie, że jaskinia jest kilkanaście metrów w lewą stronę.

Nic nie szkodzi spacerek dobrze nam zrobił.

Stery przejął Paweł i po chwili dotarliśmy na miejsce. Gdy zobaczyliśmy ten widok – oniemieliśmy na dobre kilka sekund. Matka natura to najzdolniejsza artystka i dlatego mam do niej tak ogromny szacunek. Tylko ona potrafi stworzyć tak cudowny obraz pełen gier światła i kolorów.

Po chwili nasze zmysły doszły do siebie i zaczęliśmy szukać zejścia do jaskini. Kolejny raz prosta droga w dół po skalistej ścieżce wydawała nam się zbyt prosta. Zaczęliśmy kręcić się wokół jaskini by znaleźć ciekawsze zejście. 😂 Sporo czasu nam to zajęło i w między czasie doszły jeszcze trzy osoby, które od razu zaczęły schodzić w dół.

Obracamy głowę i wiedźmy zajeżdżającego jeepa z kajakami i 4 osobami w samochodzie.
Szkoda, że nie widzieliście naszych min. Przecież to miała być ukryta plaża, mało znana i zawsze pusta. Teraz na takiej malutkiej plaży 9 osób to już tłum. Popatrzyliśmy się na siebie i bez słów obraliśmy drogę powrotną. Wrócimy tu w zimie, wtedy to na pewno będzie pusta plaża.

Kilkanaście metrów dalej od głównej drogi znajdowała się spokojna plaża – ALKYONIDOS z cudownie krystaliczną wodą.

Zjechaliśmy do plaży. W pobliskiej tawernie, przesympatyczna pani o imieniu Hara zrobiłam nam pyszną kawę i zapraszała na świeżutkie ryby, z którymi jej mąż przypłynie lada chwila. Brzmiało kusząco, jednak pokręciliśmy się po okolicy, wypiliśmy kawę i wyruszyliśmy w dalszą drogę.


Mieliśmy czas, postanowiliśmy więc wrócić do głównego skrzyżowania i w końcu pojeździć na rowerach. Przy skrzyżowaniu zostawiliśmy auto, wyładowaliśmy rowery i ruszyliśmy w stronę Peraxora.

Wyjechaliśmy na drogę, która wiła się w górę wśród sadów z drzewami oliwnymi. Po naszej prawej stronie roztaczały się góry pokryte gęstym lasem. Za nami , z każdym pokonanym kilometrem wyłaniał się cudowny krajobraz.

W pięknych okolicznościach przyrody dojechaliśmy do małej wioski o uroczej nazwie – Pisi. Hucznie przywitały nas tutejsze uliczne pieski oznajmiając uśpionej wiosce, że właśnie wjechali jacyś intruzi.

– My tylko na kawę i już nas nie ma – mówię by je trochę uspokoić

Trafiliśmy do cudownego miejsca, gdzie piłam chyba najlepszą grecką kawę.

Przemili właściciele chwilę dotrzymali nam towarzystwa, opowiedzieli trochę o sobie, o swojej tawernie i zapraszali na koncert live, który miał odbyć się w sobotę wieczorem. Bardzo przytulne miejsce, w którym czuliśmy się bardzo swobodnie. My również powiedzieliśmy, gdzie się wybieramy. Jakoś dziwnie się na nas popatrzyli i równocześnie zaczęli mówić, że to dość ciężki teren na rowery w powrotnej drodze. My machnęliśmy ręką i powiedzieliśmy, że jakoś sobie poradzimy.

Podziękowaliśmy za miłą gościnę i pyszną kawę, czas ruszać dalej.

Początki trasy nie wróżyły jakiś spektakularnych widoków. Jednak po chwili zza zakrętu ujrzeliśmy krajobraz, który zmusił nas do zatrzymania się. Przed nami ukazała się kręta droga prowadząca w dół wśród wysokich gór, gęsto porośniętych lasem.

W oddali, na końcu tej drogi ujrzeliśmy nasz cel – morze. Bez słów wsiedliśmy na rowery, przepełnieni szczęściem puściliśmy hamulce i pędziliśmy z górki jakby ktoś miał nam ukraść ten widok. Sami na drodze, wiatr we włosach, słońce na twarzy i te niesamowite serpentyny, które zza każdym zakrętem ukazywały nam coraz to piękniejszy pejzaż. W tym transie, nie wiem, ile to trwało i tak uważam, że za krótko, dotarliśmy do miasteczka u podnóży góry, z której właśnie zjechaliśmy. Frajda była nie do opisania.

Dojeżdżając do wioski zaczęliśmy czuć ssący ból w brzucha – przyszedł moment by zdobyć pożywienie. Zaczęliśmy krążyć po wiosce w poszukiwaniu tawerny. Jeżdżąc po wiosce. nagle nasze zmysły węchowe pokierowały nas do miejsca, z którego roznosiły się takie zapachy, że bez żadnego zastanowienia skręciliśmy w tym kierunku.

Z wielką przyjemnością spędziliśmy czas przy posiłku, który zaspokoił nasz głód. Domowe jedzenie, miła atmosfera jednak nadszedł czas by wracać i wtedy zdaliśmy sobie sprawę, że czeka nas 13 kilometrowy podjazd. Mieliśmy do wyboru albo iść na pobliską plażę i przeczekać do wieczora by żar z nieba trochę osłab i wrócić do domu późno wieczorem…albo po prostu wsiadać na rowery i będzie co ma być.

I tu mogę wyjaśnić Wam w czym tkwi magia podjazdów. Dla mnie każda górka to wyzwanie. Mierzę się ze swoimi słabościami. Na podjazdach buduję swoją wolę, siłę psychiczną, walczę ze słabościami, sprzeciwiam się umysłowi, który ciągle każe mi odpuścić, zrezygnować. Koncentruje się jedynie na tym jednym zadaniu i nic innego nie ma znaczenia. Po kilku kilometrach jestem już w transie i nie czuję czy coś mnie boli czy nie.

A co mi osobiście daje pokonanie podjazdu i sama jazda rowerem? Satysfakcję z wygranej walki z myślami, które nieustannie każą zrezygnować, siłę i wiarę, że jak udało mi się pokonać tę drogę to pokonam każdą inną, podołam wszystkiemu. Piękne historie spotkanych na trasie ludzi, krajobrazy i miejsca zapierające dech w piersiach. Mnóstwo cudownych chwil przeżytych z bliską mi osobą oraz wzmacnianie z nią więzi. Poznawanie siebie na wzajem, swoich wad oraz zalet, to jak na trasie sobie radzimy w momentach kryzysowych – to jest odzwierciedlenie życia codziennego. Uczę się ludzi, którzy mi towarzyszą, ich zachowań, reakcji. Wbrew pozorom na podjazdach można wiele się nauczyć o ludziach. Ich charakter, zachowania, osobowość ich prawdziwe ja zweryfikuje porządna górka.

Jesteśmy na szczycie podjazdu, wymordowani i szczęśliwi, że pokonaliśmy podjazd i samych siebie. Co nam dał ten podjazd to tylko my sami wiemy, bo to była nasza droga, nasze zmagania z naszymi myślami mięśniami i słabościami. Tobie taki podjazd może dać coś innego to co ty akurat w tej danej chwili potrzebowałeś się dowiedzieć o sobie. Każdy podjazd to osobista droga do samodoskonalenia.

A co zjazd z górki nam dał? Dziecięcą radość i poczucie wolności coś tak prostego a tak ciężkie do osiągnięcia bez podjazdu.

Nasza przygoda z Lutrakami kończy się, ale Wasza może się dopiero zacząć.
To są wszystkie nieoszlifowane diamenciki, które możecie zbierać w drodze z Aten do Loutrak i okolic. Podczas naszych wypraw w tamte okolice za każdym razem odkrywamy coś nowego. Tak i teraz było. Znaleźliśmy kolejny powód by powrócić na ten szlak. Odkryliśmy nową plażę i nowe szlaki w górach Gerania, o których Wam opowiem przy kolejnej okazji. Tymczasem zostawiam link dla zapalonych piechurów by mogli sami wyznaczyć swój szlak.

Pozdrowerek Paweł i Sylwia
Zdjęcia prywatne autorów tekstu 

icon checkDiamentowy szlak – Loutraki i okolice – nieodkryte ścieżki rowerowe i trekkingowe cz. 1

Wasza opinia