W mediach społecznościowych funkcjonuje wiele grup tematycznych związanych z Grecją, czasami ich ilość wprowadza chaos, gdyż pewne tematy się powielają a inne nacechowane są tendencyjnością i przez to stają się problematyczne. Wymagają bowiem poświecenia czasu w celu odnalezienia interesujących nas treści. W morzu różnorodnych źródeł odnalazłam na platformie Facebook fanpage noszący nazwę „Greckie opowieści Betaki”. Już pierwsze chwile spędzone na lekturze zawartych tam treści zadecydowały, że stanę się Jej wiernym czytelnikiem. Pasja Beaty Kuczborskiej to doskonała płaszczyzna do pogłębienia wiedzy. Mając przyjemność rozmowy z autorką wspomnianego fanpage chciałabym zaprosić czytelników do lektury wywiadu.

Beato, znamy się nie od dziś, a co najdziwniejsze mijamy w różnych greckich miejscach, a już na Krecie to wręcz przecinamy sobie szlaki. Będąc w Rethymno mam wrażenie, że łażę pod Twoimi oknami (hahaha). Jak to możliwe, że do tej pory się nie spotkałyśmy?
To rzeczywiście jest niesamowite: traktuję to w kategoriach pecha, żeby nie powiedzieć: fatum! Wciąż się mijamy, nawet w Warszawie: uczestnicząc w tym samym wydarzeniu związanym z Grecją też jakoś się minęłyśmy. Nie wiem, jak to rozumieć, ale ufam, że przyjdzie taki dzień i będzie nam dane.

Nowy rok, nowe możliwości, może w 2020 wypijemy fredo i zanurzymy się w doświadczeniach z Grecją w tle. Moje z Twoimi nawet nie stają w szranku…, jak sama mówisz Grecja to Twój drugi dom. Spędzasz na Krecie większość roku, ale na zimę wracasz z uwielbieniem do ukochanej Warszawy.
Tak, to prawda: wracam do Warszawy z wielką radością. Kiedy spędzałam w Grecji dwa-trzy tygodnie, wracałam do Warszawy ze złamanym sercem, ale odkąd w Grecji zamieszkałam – wracam rzeczywiście z radością i co ważne dla mego samopoczucia: przez te warszawskie pół roku nie tęsknię za Grecją (podobnie zresztą, jak przez greckie pół roku nie tęsknię za Warszawą). Nie oznacza to, że jest mi na Krecie źle, absolutnie nie! Jest mi tam cudownie, wszak to marzenie mego życia wieść codzienne życie w Grecji i do tego się dość starannie latami przygotowywałam. Ale lubię Warszawę, lubię moje warszawskie, codzienne życie, szczególnie w okresie jesienno-zimowym, gdzie tyle się w mieście dzieje, gdzie w mieszkaniu tak ciepło i tak przytulnie, lubię obcować z moimi bliskim (a tu przecież rodzina i przyjaciele), lubię wszystko to, co Warszawa mi daje, a daje mi tak wiele – i tutaj też chcę żyć jak u siebie, a nie jak gość: chcę wyrzucać śmieci, stanąć w kolejce do budki na bazarku i zapraszać do domu na kolację, a nie tylko być zapraszana.

Beato piszesz obszernie, barwnie i bardzo w klimacie stylu siga siga, stąd „Greckie opowieści Betaki” kiedy narodził się pomysł, czy mylę się sądząc że to rodzaj Twojego pamiętnika?

„Greckie opowieści Betaki” to tytuł czy, bardziej, nazwa fanpage’a do mojej strony, którego prowadzę od… nie pamiętam dokładnie, ale chyba trochę ponad 2 lat. Strona www.betaki.pl jest weteranką: w lutym świętowała będzie swoje już 17 urodziny. Mówię „strona”, bo kiedy powstawała – nie było w użyciu słowa „blog” i zakładało się strony. Betaki.pl tak do końca nie jest stroną, nie jest również blogiem. Dziś, kiedy słowo „blog” jest w powszechnym użyciu – mówię, że to strona z częścią blogową. Czy to rodzaj pamiętnika? Kiedy mieszkam na Krecie fanpage jest prowadzony w formie zbliżonej do dziennika, bo staram się codziennie z Czytelnikami mojej strony dzielić tym, co widzę, czego tam doświadczam. Kiedy jestem w Polsce też jestem łasa na informacje płynące z Grecji, więc łatwo mi pragnienia Czytelników moich, którzy tę Grecję uwielbiają, zrozumieć. A czym jest strona? Może i masz rację: rodzaj pamiętnika. Pamiętam, jak ją zakładałam w 2003 roku. Pomyślałam wówczas: „Tyle już w tej Grecji przeżyłam, tyle widziałam, czemu nie podzielić się tym z innymi?”. Wtedy wcale nie pisało się tak dużo o Grecji i byliśmy tego głodni. Bałam się, och jak się bałam wprowadzenia betaki.pl do internetu! Ze stresu przepłakałam pół nocy i chciałam się z prowadzenia strony wycofać. Myślałam o odbiorcach, myślałam: „Co to jest? To nie jest przewodnik i ma nim nie być. To są jakieś moje myśli… Ludzie będą się z tego śmiać, a internetowy świat potrafi być okrutny”. W tamtych czasach jeszcze tak się nie odkrywaliśmy przed obcymi jak dziś, a ja chciałam, żeby ta strona właśnie taka była: nie przewodnikowa. Bardzo szybko, ku mojemu zaskoczeniu, okazało się, że strona się bardzo podoba, bo jest zupełnie inna, że wyróżnia się w całym tym internetowym chaosie poprzez płynący z niej spokój i co najważniejsze: stała się dla bardzo wielu inspiracją. To było dla mnie wielkie.

Najlepiej czyta mi się Twoje opisy będąc w Grecji, zastanawiałam się z czego to wynika, chyba mam odpowiedź, tam jakimś czarodziejskim sposobem, mam więcej czasu na wszystko, myśli są bardziej poukładane, a w realiach polskiej rzeczywistości omiatam wzrokiem dłuższe treści… Dlatego w 2020 jednym z moich postanowień jest znalezienie czasu na zaległości książkowe i artykułowe. Twój blog jest na liście.
Bardzo się z tego powodu cieszę, nawet nie wiesz jak bardzo. Chciałabym oczywiście, żebyś na tej stronie znalazła coś dla siebie, żebyś na tej czy innej ścieżce się wprost ujrzała. A może znajdziesz się i w tym gronie, które planując wakacje na takiej czy inne wyspie – mówi: „Najpierw sprawdzę, co Betaki w temacie tej wyspy ma do powiedzenia”? To, że i temu służy moja strona jest również dla mnie niezwykłe.

Kiedy zaproponowałam Ci wywiad wspomniałaś, że sama przeprowadziłaś ich kilka, ale nigdy nie byłaś po drugiej stronie, chyba nie jest tak źle? 😉
Przypomniało mi się, że niedawno przeprowadzono ze mną tak ad hoc (wpędzając mnie w ogromny stres!) ustny wywiad, ale o tym projekcie nie mogę jeszcze mówić. A poza tym … taki wywiad-wywiad jak ten – naprawdę zdarzył mi się po raz pierwszy. Owszem, często po prezentacjach, które prowadzę czy na spotkaniach w ramach wydarzeń związanych z Grecją różne osoby rozmawiają ze mną czy zadają mi pytania, bo po prezentacjach zazwyczaj jest na nie czas, ale nie traktuję tego jak wywiadu i to miałam na myśli.

Powiedz, z kim miałaś okazję przeprowadzić wywiad, może czytelnicy zechcą zerknąć na Twoją stronę i zanurzyć się w lekturze. Co było kluczem do ich inicjacji?
Wciąż szukam czegoś dla siebie, ale i dla moich Czytelników, czegoś związanego z Grecją, w tym również w szeroko pojętej kulturze, stąd wiele czytam i staram się wiedzieć na bieżąco, co się dzieje na rynku wydawniczym czy filmowym. Czasem, kiedy coś czytam, nasuwają mi się do autora dzieła pytania, na które chciałabym uzyskać odpowiedź, albo chciałabym takiego autora przedstawić moim Czytelnikom. To było powodem, dla którego zaproponowałam przeprowadzenie wywiadu Pani Bożenie Gałczyńskiej – Szurek, polskiej pisarce, autorce trzech powieści, jak nazywam, z Grecją w tle. Przeprowadzenie wywiadu z Panią Victorią Hislop, niezwykle poczytną brytyjską pisarką, autorką między innymi tak lubianej powieści „Wyspa”, zaproponowało mi wydawnictwo „Albatros”. Dalej: od nastu lat chadzam na warsztaty tańca greckiego organizowane w Warszawie pod egidą Towarzystwa Przyjaciół Grecji a prowadzone przez zespół „Ilios”. Pomyślałam kiedyś: „Czemu nie przybliżyć Czytelnikom strony tego, co z czymś tak pięknym jak taniec grecki jest związane? O tym tak niewiele się mówi, niewiele pisze”. Kolejny wywiad: z Panią Kariną [Trapezanidou] Skrzeszewską, sopranistką. Kiedy zdarzyło mi się kilka lat temu usłyszeć w Jej wykonaniu arie śpiewane niegdyś przez uwielbianą przeze mnie Marię Callas – zamarłam: to było wielkie! Pomyślałam wówczas: „Ktoś, kto tak potrafi wejść w duszę Marii Callas musi być niezwykły. Czemu nie przedstawić go, nie przybliżyć Czytelnikom mojej strony?” Zupełnie inny charakter miał wywiad z kilkoma Polkami, które zamieszkały w Grecji. Tu z kolei myślałam o tym, że większość Czytelników mojej strony nie zna codziennego życia w tym kraju i może dobrze byłoby je im przybliżyć z pokazaniem relacji w związkach mieszanych. Wszystkie te wywiady znaleźć można na mojej stronie w zakładce dotyczącej kultury („Rozmowy z…”). Znaleźć tam można również wywiad, którego nie przeprowadziłam co prawda, ale za zgodą wszystkich, kogo zgody mieć musiałam, przetłumaczyłam z greckiego na polski. To wywiad z tłumaczką nowogreckiej prozy, Panią Ewą T. Szyler, który znalazłam na greckiej czy cypryjskiej stronie, w temacie rynku wydawniczego w Polsce, jeśli myśleć o twórczości greckiej. Uznałam to za temat szalenie interesujący, ale – ponieważ po grecku – i za wielką stratę dla Czytelników mojej strony: nie wszyscy wszak znają grecki. Długo trwała moja praca nad tłumaczeniem tego wywiadu: mój grecki nie jest absolutnie biegły, ale w końcu polska wersja tego wykładu, zaakceptowana przez wszystkich, którzy zaakceptować ją powinni, mogła się ukazać.
Pomysłów mam sporo, ale odkąd przychodzi mi tu w Polsce zmieścić rok w raptem połowie roku – na wiele rzeczy czasu brakuje, bo ja i w Warszawie lubię w tempie spowolnionym smakować życie, ale nie zawieszam myśli o wywiadach kolejnych.

Beatko rozmowa z Tobą jawi mi się tak uroczo, spokojnie…i ta celebracja każdej z chwil. Idealnie pasujesz mi do Grecji. Dzisiaj w tym całym pędzie, ludzie wracają do korzeni i uczą się uważności, bo gubią to co najważniejsze gdzieś po drodze. Tym bardziej Cię podziwiam, że nie dałaś się zwariować.
Nie wiem co mam powiedzieć… Aż celebracja? Niesamowite! Musi w tym chyba jednak coś być… Sama czuję wokół siebie jakiś spokój. To, co mi na takie czucie pozwala nazywam kokonem, w którego otoczeniu mi doskonale. Kiedyś, kiedyś, lata temu, kiedy byłam znacznie młodsza i bardziej cierpliwa, takim kokonem owijałam się wychodząc z samolotu na greckim lotnisku: stawałam na greckiej ziemi jako zupełnie inna osoba niż ta, którą byłam w Warszawie. Dziś jestem tym kokonem owinięta już na stałe. On pomaga mi nie widzieć i nie słyszeć tłumów nawet w popularnych turystycznie miejscach Krety w sezonie, on też pomaga mi żyć niespiesznie, smakować każdą chwilę, cieszyć się nią. Mój kokon pomaga mi nie słyszeć ludzkich krzyków, wielokrotnie – przepraszam – ludzkiej paplaniny o niczym i żyć w niemal ciszy zakłócanej jedynie szumem morskich fal, śpiewem ptaka czy innym naturalnym dźwiękiem. Tym, że nauczyłam się żyć w takim kokonie wciąż jestem zachwycona: niech wokół mnie będzie mnóstwo rozkrzyczanych ludzi, ja i tak potrafię ich nie widzieć i trwać w swoim świecie, który sobie stworzyłam.

Beatko, o Grecji marzyłaś już jako dziecko. Jesteś dla mnie żywym przykładem determinacji w walce o swój „raj”, o marzenia, które jednak lubią się spełniać 🙂
Jest rok 1989. Przypomnij nam przełom i swój pierwszy raz 😉
Z powrotem do lat dziecięcych w nawiązaniu do Grecji mam zawsze spory problem. Istotnie, już w latach przedszkolnych mówiłam, że do Grecji pojadę, ale moja mama twierdzi, a drążyłam temat latami, że wówczas nie wiedziałam jeszcze nawet co to ta Grecja znaczy i czym jest. Skąd tę Grecję przyniosłam? Nie wie nikt! Wspominam na stronie o tym, jak zamęczałam mamę, aby mi poczytała coś o Grecji, żeby poszukała ze mną na mapie dróg doń prowadzących… Sama nie umiałam jeszcze czytać, o Grecji nie pisało się wówczas zresztą wiele, a jeśli to najczęściej o rodzinie Onassisa czy czasem o Marii Callas: te historie mam opanowane od dawna! Długo nie wyrastałam z tego marzenia o podróży do Grecji, ale to były takie mrzonki. Pochodzę z biednej rodziny, w której nikt nie miał paszportu, więc czemu ja nagle miałabym wyjechać na ten tak zwany Zachód? Zrozumiałam to dopiero wówczas, kiedy dorosłam. I gdy miałam zamiar pozbyć się tego marzenia i o podróży przestać myśleć – pojawiła się szansa wyjazdu: w 1989 roku mój wieloletni znajomy z Polski czekał w Atenach na dokumenty wyjazdowe do Australii czy Kanady. Napisał: „Przyjedź, pomogę ci tutaj”. Po krótkim wahaniu uznałam, że muszę z tej szansy skorzystać, bo los drugiej takiej już mi nie sprezentuje: zapożyczyłam się ogromnie, bo bilet LOT-u kosztował ponad 300 dolarów USA, a ja zarabiałam 30 dolarów USA miesięcznie (było to spowodowane podwójnym kursem dolarowym). Dostałam paszport, dostałam wizę – i poleciałam. Od razu wiedziałam, że będę musiała w Atenach zostać przez kilka miesięcy: musiałam przecież jakoś pozwracać po powrocie pożyczone na podróż pieniądze. Szybko znaleźliśmy dla mnie pracę: na początku z mieszkaniem, bo byłam zbyt bezradna, potem, kiedy już sobie nieźle samodzielnie radziłam, wynajęłam pokój w mieście i pracowałam codziennie gdzie indziej, co dało mi większą swobodę. Zachłysnęłam się życiem codziennym w Atenach, zachłysnęłam się Grecją: to był świat jak z fantastycznej książki. Nie pojmowałam czemu tam może być tak kolorowo, a u nas musi być tak szaro, czemu tam półki w sklepach mogą się uginać od wszystkiego, a u nas sklepy świecą pustkami… Potrafiłam w sklepie odkręcać butelkę z płynem do płukania ubrań tylko po to, aby go wąchać: takie zapachy kojarzyły mi się z luksusem. I co ważne: dla mnie nie było w Atenach drogo patrząc na moje tamtejsze, przecież niewysokie, bo z dolnej półki, zarobki. Pomyślałam, że mogłabym tam żyć. Chciałam zostać na stałe, zaczęłam o tym marzyć. Niektórzy Grecy, u których pracowałam deklarowali, że mi pomogą. Nie wiem czy nie zostałabym, gdyby nie nadchodzące Boże Narodzenie: ta radość w ludziach, pełne blasku choinki, atmosfera świąteczna, którą wszędzie: i w domach, i na ulicy czułam, spowodowały, że potwierdziłam moją rezerwację na lot do Polski w Wigilię rano, płacząc okrutnie. Płacząc, bo wiedziałam, że nigdy więcej do Grecji już nie przyjadę. Do dziś, będąc w Atenach, czasem przystaję w pewnym miejscu na Platija Syntagma: tu, niedaleko, mieściło się wówczas biuro PLL LOT i tu tak bardzo wówczas płakałam… Nie widziałam nic zalana łzami tak, że ludzie przystawali pytając co mi się stało… To był dla mnie bardzo trudny czas. Ale przyjechałam do Polski i poza krótkim czasem popowrotowym – nigdy już nie żałowałam nawet przez moment, że wróciłam do kraju. W Polsce następowały szybkie zmiany i ja się świetnie w nich odnalazłam. Jeden z Greków powiedział mi, kiedy wyjeżdżałam do Polski: „Weź swój los w swoje ręce”. I tak zrobiłam: nie mogłam go zawieść.

Często pytam o miejsca mistyczne lub tajemnicze, których nie chcesz pokazywać i zdradzać szerszej publice. Jako wieloletnia miłośniczka Grecji też takowe posiadasz?
Tak, mam takie miejsca, ale te najbardziej cenne są ważne tylko dla mnie i nie obawiam się, że ktoś zburzy ich wyjątkowość. Nie obawiam się, bo nikt niczego mistycznego, jak nazywasz, w tych moich miejscach nie zobaczy. Bo jak może zobaczyć coś niezwykłego w tej płytce chodnikowej na Platija Syntagma, gdzie ponad 30 lat temu tak bardzo płakałam? Albo w tym zbiegu ulic w Pireusie, gdzie siedząc na murku wpatrywałam się w kawiarniane stoliki zastawione filiżankami z kawą i marzyłam o tym, żeby było mnie kiedyś stać na wypicie tu kawy… Albo w murku na wzgórzu Likavitos, gdzie popijając mleko czekoladowe z kartonu niemal medytowałam wpatrując się w rozłożone u moich stóp całe miasto… Czy wiesz, co czułam, kiedy pojechałam po raz drugi do Aten i już mnie było stać na tę kawę w Pireusie czy w kawiarni na szczycie wzgórza Likavitos? Co czułam, kiedy moi znajomi Grecy, do których pojechałam, wszędzie wozili mnie autem i byłam już zupełnie kimś innym niż poprzednio? Nie do powiedzenia: do dziś mnie to bardzo silnie porusza.
Wiem, że zadając mi to pytanie myślałaś o miejscach innych, ale dla mnie Agniesiu to są miejsca ważne, najważniejsze.

Całkowicie Cię rozumiem, wyjątkowość miejsc to nie zawsze monumenty związane z historią, nasze życie pisze takie scenariusze, które wzruszają na samą myśl. Twoja wrażliwość nie pozostawia wątpliwości, że w sercu nadal żywy ślad tamtych dni…
Czy masz takie jedno, jedyne miejsce w Grecji, do którego najchętniej wracasz?
Jedno, powiadasz… Trudne, muszę pomyśleć i chyba już wiem… A może wcale nie ono? Bardzo trudne pytanie mi zadałaś, trudne choćby w nawiązaniu do tego, co Ci przed chwilą powiedziałam. Początkowo myślałam o niewielkim kościółku Agios Nikolaos w Rafinie, który był pierwszym kościółkiem w Grecji, do którego weszłam: zapach panujący wewnątrz zniewolił mnie wówczas i to zniewolenie wciąż trwa. Ale myślę, że może wcale nie on a wyspa Amorgos , na której stanęłam kilkakrotnie, ale to pierwsze stanięcie, w 2005 roku, było wyjątkowe, stąd wyspa ta jest moją najbardziej ulubioną… A może wcale nie Amorgos a Folegandros, która była pierwszą grecką wyspą, na której stanęłam i myślałam, że z wrażenia się udławię… A może nie Folegandros, a kościół Hagia Sofia w Salonikach, gdzie w 1999 roku zapaliłam moją pierwszą w Grecji świeczkę i doznałam wrażenia uniesienia się mojej duszy … A może… Nie, nie umiem odpowiedzieć Ci na to pytanie, poddaję się, wybacz, proszę. 🙂

Lubię czasami zapytać tak całkiem przewrotnie, wszak nie ma miejsc idealnych: co Ci się w Grecji nie podoba, czy jest coś co Cię razi, zniechęca?
Nie, nie odczuwam czegoś takiego. Oczywiście wiem, że w Grecji można zobaczyć szereg niedociągnięć czy zachowań innych niż byśmy sobie życzyli, ale staram się tego nie widzieć, bo i po co zwracać na to uwagę? Nie ma miejsc idealnych, nie ma ludzi idealnych, nigdzie: w Polsce też. Miejsca czy ludzie są takimi jakimi my ich widzimy. Nie widzę minusów (choć czasem się z nich uśmieję), staram się być cierpliwa, pobłażliwa, wyrozumiała i bardzo mi z tym dobrze, ale … Odkąd zamieszkałam na Krecie zauważyłam, że cierpliwości tej wystarcza mi na mniej więcej pół roku… Kiedy zaczyna mnie coś irytować – wiem, że czas przyjechać do Polski. I tę moją Warszawę po takim półroczu znajduję niczym raj! Nic mnie tu nie irytuje, wszystko mi się podoba, wszystkim się zachwycam pod niebiosa! Ale kiedy zaczynam się irytować tym czy owym – wiem, że pora pakować walizkę i wracać do Grecji. Bo, nie oszukujmy się, codzienność pozbawia nas pewnych cudownych odbiorów, pozbawia nas tej cierpliwości, podcina skrzydła, które dają stan wzniosłości, pozbawia nas możliwości widzenia otoczenia przez różowe okulary, co jest bardzo, ale to bardzo przyjemne i ważne dla bycia wciąż zadowolonym. I kiedy staję na płycie greckiego lotniska – myślę z wielką radością: „Jestem Hellado ma, znowu jestem!”.

Brzmi jak „złoty środek”, czyli życie na dwa kraje ma sens i niesie zadowolenie 🙂 U nas proporcje nieco inaczej się rozkładają, ale coś w tym jest, kiedy człowiek zatęskni to wszystko wydaje się piękniejsze 🙂 Zatem kiedy wracasz do drugiego domu, na Kretę? 🙂
Myślę, że, o ile nic się nie zmieni, w pierwszej połowie maja, jak w latach poprzednich. Firma zdeklarowała chęć dalszej współpracy ze mną, co mnie oczywiście bardzo cieszy, bo dobrze znalazłam się w tym, co czynię na Krecie a zadowolenie i satysfakcja z naszego codziennego życia, tak zawodowego, jak i osobistego, to rzecz szalenie ważna. I mogę wieść życie codzienne w Grecji: to jest dla mnie wielkie, a to zupełnie coś innego niż wyjazd podróżniczy, wakacyjny, nawet do Greków czy w ich towarzystwie.

Czy w tym roku także będziesz turystów zarażać miłością do wyspy podczas wycieczek?
Mam taki zamiar. Czynię to poprzez swoje różnorakie opowieści i mam wielką nadzieję, że podobnie jak w latach poprzednich, „moi turyści” jak ich nazywam będą ze mnie zadowoleni.

Jaka grupa turystów (wiekowa, zawodowa) najchętniej i najbardziej fascynuje się Grecją i przyjmuje wiedzę jaką prezentujesz podczas zwiedzania?
To dość trudne pytanie i nie wiem czy potrafię na nie odpowiedzieć. Wiesz, co jest najtrudniejsze w tym co robię na Krecie? Wcale nie to co potrafię powiedzieć, tylko to, jak, w jaki sposób potrafię powiedzieć. W autokarze mam przeciętnie, powiedzmy, 50 nieznanych mi osób. Wśród nich dzieci, młodzież, w tym studencka, osoby w średnim wieku różnej profesji, różnego wykształcenia, osoby starsze wiekiem… A ja jestem jedna i muszę spowodować, żeby każdy z tej tak licznej grupy wrócił z wycieczki zadowolony. To według mnie najtrudniejsze w tym, co robię, zwłaszcza że mogą być w grupie zmierzającej na wycieczkę, jak nazywam, plażową, i takie osoby, które kompletnie nie są Grecją zainteresowane i marzą tylko o taplaniu się w morzu. Mają do tego prawo: są na wakacjach. Myślę, że w prowadzeniu wycieczek bardzo pomaga mi długoletnia praca w zawodzie prawnika: w kontaktach z ludźmi, w nawiązywaniu z nimi łączności, w trafianiu do ich dusz, w zasadzie niewiele się to różni. Na pewno bardzo lubię, kiedy w czasie przerw czy postojów turyści ze mną rozmawiają, bo widzę poprzez pytania, na ile są zainteresowani tym, co mówię. Odnoszę wrażenie, ale może mylne (to tylko wrażenie), że osoby starsze przyjeżdżają na wakacje bardziej – nazwę – wyedukowane (może po prostu mają więcej czasu na wcześniejsze poczytanie tego i owego): to czasem z zadawanych mi pytań da się wyczytać, ale moja rola taka, aby i temu, kto nagle zdecydował się na wycieczkę i niczego nie przeczytał, przybliżyć i miejsce, do którego zmierzamy, i Grecję w szerszym ujęciu: z jej kulturą, kuchnią, zwyczajami… I się nie wymądrzać: nie na tym polega przecież wzbudzanie zainteresowania. Mam ułożony program na każdą wycieczkę, gdzie tematy podobierałam sobie tak, by były jakoś powiązane z miejscami, które odwiedzamy, i chyba się to sprawdza, no, mam taką nadzieję.

Jestem tego pewna Beatko, jak się to mówi odpowiednia osoba na odpowiednim miejscu. Mam takie spostrzeżenie po wywiadzie, że duszę to na pewno masz grecką. 🙂 Życzę Ci kolejnego udanego sezonu. Tym razem „do zobaczenia” nie może być inaczej. Dziękuję Ci za tę rozmowę, choć czuję pewnie podobnie jak czytelnicy pewien niedosyt!

rozmawiała: Agnieszka Smolińska – Mikos, miłośniczka Grecji, poświęca każdą wolną chwilę na poznawanie kultury, historii, ale jej życiową pasją są kulinaria z umiłowaniem kuchni greckiej.

fot. zdjęcia prywatne

Wasza opinia