8 października mija kolejna rocznica urodzin greckiego pisarza Kostasa Tachtsisa. Przez ostatnie lata swojego życia (autor zmarł w 1988 roku), cieszył się on sporą sławą, którą przyniosła mu głównie wydana w roku 1962 roku książka „Το Τρίτο Στεφάνι”. Jest to niezwykle barwna i dynamiczna historia, w niepowtarzalny sposób obrazująca dzieje kilku greckich rodzin, których losy splotły się ze sobą w Atenach i Salonikach; ich tło stanowią natomiast wydarzenia lat międzywojennych i powojennych XX-go wieku. Na język polski pozycja ta przetłumaczona została przez Ewę T. Szyler i opublikowana pod tytułem „Obyś trzech mężów miała”.

Pierwsze greckie wydanie ksiazki „Το τρίτο στεφάνι”

Po lekturę tę należy sięgnąć nie tylko ze względu na autentyczne dialogi, w doskonały sposób ukazujące mentalność greckich kobiet, ale również z tytułu wiernego odzwierciedlenia atmosfery społeczno-politycznej, panującej w ówczesnej Helladzie. „Obyś trzech mężów miała” to pozycja książkowa, która – obok powieści „Grecy umierają w domu” Huberta Klimko-Dobrzanieckiego – powinna zainteresować każdego, kto chce zrozumieć swą bolesną miłość do kraju, który pokochaliśmy często z dala od własnego domu.

W latach 1995-96 stacja telewizyjna ANT1 TV wyprodukowała serial oparty na książce Kostasa Tachtsisa; jego archiwalne odcinki wciąż są dostępne w sieci na kanale YT. Natomiast w latach 2009-2010 Teatr Narodowy Grecji przygotował trwającą ponad 4 godziny adaptację sceniczną, której reżyserem był Stamatis Fassoulis. Przez dwa sezony widownia Teatru „Rex” pękała w szwach, a bilety wysprzedane były niemalże każdego wieczoru.

Poniższe opowiadanie Kostas Tachtsis stworzył z myślą o stacji BBC, która – na podstawie jego wspomnień – zamierzała nakręcić film dokumentalny. Razem z pisarzem pracowała także Melina Mercoury. Nowela ta nie została jednak wykorzystana, bo materiału nie dokończono. Historia pochodzi z wydanego w języku greckim zbioru opowiadań „Η γιαγιά μου η Αθήνα” (Moja babcia Atena) i jest to jej pierwsza publikacja w języku polskim.

Mój akt urodzenia mówi, że przyszedłem na świat w Salonikach, ale nie zwracajcie zbyt dużo uwagi na świadectwa urodzenia. Ja jestem Ateńczykiem. Wśród pięciu tysięcy mieszkańców, które Ateny liczyły sobie w 1827 roku, był także ojciec mojej prababci ze strony matki – innymi słowy mówiąc – dziadek mojej babci ze strony mamy. Ten dobry człowiek miał pola, na których uprawiał jarzyny. Później – kiedy byłem już na świecie – uprawiali je kuzyni mojej babci – znajdowały się one zaledwie sześć kilometrów od wzgórza Akropolis, w pobliżu kościoła świętego Jana w Rendi.

– „Pewnego dnia – powiedziała kiedyś moja babcia, tłumacząc moje prawo do dziedziczenia tych farm – twój dziadek, świeć Panie nad jego duszą, przyniósł do domu główkę kapusty. Położył ją na kuchennym stole i wyszedł. Później mama kazała mi obierać ziemniaki. Kiedy to robiłam, nagle zobaczyłam głowę wychodzącej z kapusty żmii. Zaczęłam strasznie krzyczeć: „Mamo! Mamo” Wąż!”

Teraz już wiem, że nie wszystkie węże kąsają; niektóre z nich są dobre i przynoszą szczęście. Dawniej każdy dom miał swojego węża i nie daj Boże, aby ktoś go zabił. Pamiętam, że zrobił to mąż mojej koleżanki i nieszczęścia trzymały się ich całymi latami. Ale przecież kiedy byłam małą dziewczynką, nie mogłam wiedzieć wszystkiego…”
Mój pradziadek zamknął warzywny biznes i na skrzyżowaniu ulic Pireas i Kolokinthous otworzył kafenion. Jego żona pochodziła z Andros, ale wszystkie ich dzieci – z których najstarszym była moja babcia – urodziły się w Atenach. Miasto w tym czasie już się rozwinęło, zyskując kilkanaście neoklasycznych budowli i prawie osiemdziesiąt tysięcy mieszkańców. Za każdym razem, kiedy dzieci chciały bawić się poza domem (który również znajdował się przy ulicy Kolokinthous), wędrowały one na starożytny cmentarz Keramejkos.

– „Ja byłam najstarsza – opowiadała moja babcia. – To ja praktycznie opiekowałam się moimi siostrami i braćmi. Zawsze, kiedy chłopcy gdzieś zniknęli, mama – świeć Boże nad jej duszą – wysyłała mnie na Keramejkos, aby zobaczyć, czy się tam bawią. Powiem ci prawdę, że wtedy nie wiedziałam, iż bawimy się na starym cmentarzu. Ale nawet gdybym wiedziała, dlaczego miałabym się bać? Co mogą ci zrobić umarli? W końcu Bóg strzeże nas nieustannie, tak mówią…”

Jakoś nie umiałem zobaczyć mojej babci, jako jedenasto-, czy dwunastoletniej dziewczynki, poszukującej wśród starożytnych grobowców swoich sióstr i braci, których tak naprawdę nigdy nie poznałem. Ale mogłem sobie ją wyobrazić, spoglądając na stare fotografie, gdzie w słoneczny wiosenny dzień śliczna dziewczyna zrywa kwiaty rosnące w pobliżu starożytnej steli Hegeso – moja babcia była zaskakująco podobna do twarzy z nagrobnej rzeźby. Powiedziała mi raz, że już po ślubie chciała zmienić dzielnicę, aby wyrwać się spod tyrańskiej kontroli swojej matki. Udało jej się wtedy przeprowadzić pięćset metrów dalej, do domu znajdującego się w dzielnicy Thission.

Uliczki Thissio

– „Widziałeś kiedyś tamten dom? Tam właśnie mieszkałam, kiedy poślubiłam twojego dziadka. Wiele razy, kiedy przechodziłam obok, kusiło mnie, żeby zapukać, wejść do środka i rozejrzeć się dookoła, ale po co? Tam właśnie urodziła się twoja szlachetna matka. Kiedy wyjechaliśmy – niech pomyślę – ona musiała mieć jakieś siedem czy osiem lat”.

„Kiedy wyjechaliśmy” oznaczało „kiedy przeprowadziliśmy się do Salonik”, gdzie urodziłem się dziesięć lat później. Ale to nasze wygnanie nie trwało zbyt długo. Na początku lat 30-tych ci, którzy pozostali z familii, powrócili do Aten i ponownie zaczęli zaliczać się do tutejszego społeczeństwa – wtedy było to około miliona osób. W tym czasie rodzinę naszą spotkało kilka pogrzebów, rozwodów i ślubów, które – według opinii mojej babci – przyniosły nam „cudzoziemskich członków” czyli mojego dziadka z Siatisty i mojego ojca z Salonik.

Naturalnie, pierwszy dom, w którym zamieszkaliśmy, znajdował się w miejscu, w którym często bywała moja babcia – na rogu ulic Kolokinthous i Leonidou. W pobliżu żyła większość jej kuzynów, kuzynek i siostrzeńców, którzy mieszkają tu do dziś. Tak więc przed wyprowadzeniem się stąd do innego, lepszego sąsiedztwa – ulica Kolokinthous zaczynała się wówczas robić coraz bardziej niebezpieczna – mieszkałem przez pewien czas w atmosferze, która obecnie kojarzy mi się z mitologią mojej rodziny. Prawdą jest, że nigdy nie bawiłem się pośród antycznych grobowców na cmentarzu Keramejkos, ponieważ za moich czasów teren ten został już ogrodzony murem. Ale w jego okolicy po raz pierwszy zacząłem chadzać własnymi ścieżkami, wskakiwać na podest tramwaju, przejeżdżającego obok mojej szkoły przy ulicy Aleksandra Wielkiego i wyskakiwać w pobliżu przytułku Hadzikostasa – tak sobie wskakiwałem i wyskakiwałem w dzielnicy Keramejkos. Często również odwiedzałem z babcią pole, należące niegdyś do naszej rodziny. Tam właśnie po raz pierwszy spróbowałem atzurii, przypominających swoim smakiem ogórki, których później już nigdy nie spotkałem.

W niedzielę modliłem się w tym samym kościele, do którego chodziła moja babcia, kiedy była małą dziewczynką. Bawiłem się w tym samym miejscu, co moja mama – w ogrodzie leżącym w pobliżu starożytnej świątyni Hefaisteion w dzielnicy Thission. W domu przy ulicy Leonidou stoczyłem walkę mojego życia, kiedy od mojego nauczyciela dowiedziano się o moich wyprawach tramwajem.

Z babcią wędrowaliśmy również zboczami wzgórza Akropolis – i jak na prawdziwych Ateńczyków przystało – nigdy nie wdrapaliśmy się na sam szczyt. W zimie 1935 roku po raz pierwszy przeżyłem wspaniały karnawał organizowany na Psirri, a później ze wzgórza Filopappou puszczaliśmy mojego pierwszego latawca, który szybko zaplątał się z latawcem należącym do stojącego obok chłopca i spędziliśmy cały dzień na uwalnianiu naszych ptaków z nici.

Tak jak już mówiłem, później przeprowadziliśmy się do lepszej dzielnicy, leżącej na zboczu góry Likavitos, a dokładnie na początek ulicy Ippokratous. Za każdym razem, kiedy wagarowałem – a wagarowałem dość często, zwłaszcza jeśli poprzedniego wieczoru nie potrafiłem rozwiązać zadania z matematyki – uciekałem na Likavitos, gdzie całymi dniami bawiliśmy się i graliśmy w piłkę nożną. Tam właśnie – w niewielkich, skalnych grotach – poznawałem, początkowo zupełnie niewinne, a później mniej niewinne miłości. Pod szczytem i na samym szczycie przeżyłem nie tylko cierpienia i tortury wieku dorastania, ale również cztery lata niemieckiej okupacji. Ostatecznie – pomiędzy tymi dwiema górami – Akropolis i Likavitos – dojrzałem do nazywania siebie mężczyzną (jeśli można tak powiedzieć o samym sobie).

Później wyjechałem. Przez około dziesięć lat przewędrowałem pół świata, aby następnie wrócić do domu; ale nie do którejś z nowoczesnych dzielnic, znajdujących się na obrzeżach liczącej sobie teraz kilka milionów ludzi metropolii. Zamieszkałem ponownie poniżej wielkiej skały Likavitos. Wybrałem modną obecnie ulicę Dexameni, przy której mieszkałem również przed laty – jako dziecko i młodzieniec.

Tak wiec widzicie, że nie powinniście dawać zbyt dużo wiary aktom urodzenia. Ja jestem Ateńczykiem, przynajmniej od piątego pokolenia. Przez ostanie czterdzieści lat obserwowałem wiele, wiele zmian – głównie na gorsze. Ja spoglądam na Ateny głównie przez pryzmat straconego czasu. Nie widzę miasta, jak ci wszyscy, którzy dopiero co przybyli tu z prowincji czy z zagranicy w charakterze turystów. I przez te wszystkie upływające lata jestem w stanie zobaczyć również siebie samego. Wystarczy, że wybiorę się na wiosenny spacer – powiedzmy – w okolice wzgórza Filopappou, aby moje oczy nacieszyły się tym widokiem.

Jestem skłonny odczuwać prawdziwą melancholię, jeśli ktoś inny mógłby być tym widokiem zszokowany lub zdegustowany. – „Dobry Boże – mówię sobie – Jak życie mnie zmieniło, podobnie jak stało się to z Atenami! Kto by pomyślał, że był kiedyś taki czas, gdy wierzyłem iż wzgórze Filopappou istnieje tylko po to, aby raz w roku dzieci mogły puszczać stamtąd na wiatr swoje latawce”.

Po upływie tylu lat sądzę, że jestem nie tylko Ateńczykiem, ale również cząstką Aten; coś na kształt mikroskopijnego, ruchliwego, archeologicznego monumentu.

Czasami, kiedy wychodzę wieczorami na taras, aby podlać kwiaty – geranium, jaśmin, bazylię, hibiskus – spoglądam przy tej okazji na tłum Greków i cudzoziemców, gromadzący się na szczycie Likavitosu dookoła dzwonnicy świętego Jerzego. Przychodzą tam, aby ogarnąć wzrokiem moje Ateny, a ja doznaję wówczas dziwnego i aroganckiego uczucia, że jestem zaledwie jedną z tych pocztówek, które oni kupują i wysyłają z pozdrowieniami do domów.

Mieszkałem w wielu miastach. Niektóre z nich – Sydney, Nowy Jork – kochałem naprawdę i z chęcią bym je raz jeszcze odwiedził. Ale kiedy będę opuszczał ziemię, wiem, że niczego mocniej nie zapragnę, jak dokończyć swoich dni w Atenach. Chyba, że zdarzy się coś strasznego i nieprzewidzialnego, jak na przykład to, że liczba mieszkających tu osób zwiększy się do pięciu czy nawet pięciu i pół miliona ludzi, nie licząc ludności napływowej w czasie sezonu turystycznego. W tym miejscu pomyślałem sobie, że niewiele wówczas zostanie z moich Aten. Aten, które tak bardzo kochałem. Równie dobrze Ateny mogą skończyć swój żywot przede mną. Coś mi jednak mówi, że tutaj się mylę. Niezależnie, co się będzie działo na dole, wzgórza Likavitos i Filoppapou pozostaną niewzruszone na swoich miejscach. Oczywiście, do tego czasu mogą one zostać „rozwinięte” czy „wykorzystane” przez lokalny oddział jakiegoś miejskiego urzędu. Ale dzieci i zakochani zawsze odnajdą tu swoje ścieżki i zawsze trafią do schowanych wśród drzewostanu korytarzy.

Nieważne, jaki będzie stopień zanieczyszczenia powietrza, tonące w miodowych barwach jesienne Ateny, niewiele się zmienią. Podobnie będzie w czasach łagodnych, zimowych dni oraz odurzającej wiosny, nie wspominając o narkotycznym lecie, z wiejącą od strony morza, cudowna bryzą, naznaczającą przyjście wieczoru. Nieważne, jak brudna stanie się Zatoka Sarońska, ponieważ zawsze gdzieś odnajdziemy czysty fragment plaży. W tym czasie ludzie zaczną podróżować w interesach na księżyc, ale magia księżyca oglądana ze szczytu Likavitosu zawsze pozostanie taka sama. Podobnie jak unikatowy błękit attyckiego nieba, który również trudno będzie zmienić. A nawet jeśli za kilka lat Ateny staną się owym „piekłem”, w którym wszyscy opowiadają sobie już dzisiaj, zawsze będzie można stąd uciec do tego niewielkiego raju, jakim jest klasztor w Kessariani, oddalony zaledwie dziesięć minut drogi od centrum miasta. I nawet jeśli nic nie pozostanie z tych starych, malutkich, ateńskich domków, które ja pamiętam, ta cudowna architektura przetrwa we wspomnieniach literatów i kronikarzy.

Ciągle jednak, w tych paradnych, nowoczesnych budowlach, które zajmą miejsca wiekowych kamieniczek, ludzie będą mówić tym samym językiem greckim, którym posługuję się obecnie. W Atenach będą żyły osoby, które myślą i czują podobnie jak ja, młodzi mężczyźni i kobiety, którzy tak długo, jak długo będą istnieć książki, będą czytać to, co ja tu napisałem.

Niektórzy zgłaszają pretensje, że Ateny już są piekłem. Narzekają gorzko na nieskończony klekot, na huk ulicy, szpecące miasto betonowe konstrukcje, nieustające pęknięcia w chodnikach, na kurz tworzący jeszcze większe spustoszenie w już wyjałowionym i pozbawionym zieleni krajobrazie miasta. Narzekają na ateńskie gospodynie wyrzucające nieczystości przez balkony na ulicę, na odgłosy pracujących dookoła Aten kamieniołomów, na bezkarność tych, którzy palą lasy, aby uzyskać kolejne miejsca pod budowę nowych domów. Narzekają na niedopuszczalne problemy komunikacyjne i mandaty, które rozdawane są kierowcom parkującym nielegalnie pod własnymi domami i na wiele innych spraw. Rodowici Ateńczycy obwiniają za wszystko tych, którzy całkiem niedawno przyjechali do stolicy z prowincji, rzucając się na Ateny niczym szarańcza, a obydwie te grupy wspólnie obciążają winą turystów – jeszcze większą plagę.

Ale jednocześnie nikt nie potrafi zrozumieć sztuki w sposób, w jaki pojmują ją sami Grecy; w przeciwnym razie jaką miarą ich kultura mogłaby przetrwać tyle czasu? Grek równocześnie powiedziałby: „Co to za zamieszanie? W końcu lepszy kurz w Attyce niż odpady nuklearne, lepszy niesprawiedliwy bilet parkingowy niż sprośna i nienaturalna sztuka, lepsza turystyka niż nazizm, i tak dalej”.

Ja się na ten temat nie wypowiadam. Siedzę zasłuchany na tarasie mojego mieszkania, przypominając swoim wyglądem sowę, i latami – a nawet powiedziałbym, że całymi wiekami – spoglądam na ludzi. Czasami, aby dać odpocząć myślom, podróżuję na szczyt pasma Hymet. Z tej odległości Ateny wyglądają tak, jak kiedyś zwykły wyglądać…Co więcej, spaceruję po ścieżkach Filopappou i wsłuchuję się z uśmiechem w ckliwie, chwytające za serce słodkie szepty zakochanych. Być może ten młody człowiek przechodzący obok – rozmawiam w myślach sam ze sobą – to syn chłopca, z którym poplątaliśmy tutaj nasze latawce w pewien Czysty Poniedziałek tak dawno temu. Pozostawiając uliczki Plaki wiecznie nienasyconym turystom, wędruję wąskimi, ciemnymi alejkami Psirri, przypominając sobie dziecięce wrażenia z pierwszego prawdziwego karnawału, jaki tu przeżyłem.

Ostatnimi czasy jeździłem późno w nocy po Atenach; mój samochód zawiózł mnie wówczas pod próg kościoła św. Jana w Rendi. Pomiędzy tamtejszymi fabrykami, wypluwającymi dym i domami, w których zamieszkuje klasa robotnicza, wciąż jeszcze istnieje kilka grządek ziemi, gdzie uprawia się warzywa. Nie wysiadłem wtedy z auta. Nie z obawy, że mogę zobaczyć węża, wyślizgującego się z główki kapusty. Nie boję się węży. Cóż takiego mogą ci zrobić te drobne żyjątka? Przecież Bóg czuwa nad ludzkością…

Droga powrotna do centrum miasta biegnie wzdłuż cmentarza Keramejkos – tutaj nie potrafiłem oprzeć się pokusie. Zaparkowałem samochód obok posępnej bryły wybudowanego niedawno kościoła i przeszedłem przez płot. Wędrowałem cmentarnymi alejkami, zaprzątnięty jednym – aby odnaleźć miejsce, gdzie mogła znajdować się stela Hegeso. Nagle – przysięgam – ujrzałem moją babcię, taką jaką ją pamiętam, kiedy byłem dzieckiem, wpatrującą się we mnie z czułością. Później zniknęła.

Stela Hegeso z cmentarza Keramejkos znajduje się obecnie w Narodowym Muzeum Archeologicznym w Atenach

Dzięki niej – zostawmy teraz akty urodzenia, na których piszą, co chcą – jestem Ateńczykiem. Dzięki niej kocham Ateny. Niektórzy mówią, że są one dziś najbrudniejszą stolicą świata. Nic mnie to nie obchodzi. Brzydkie czy ładne, Ateny są unikatowe. Są one miastem, w którym urodziła się moja babcia, gdzie mieszkała i zmarła. Powinienem wam naturalnie powiedzieć, że również z mojego punktu widzenia Ateny są jak monstrum, które czasem sieje spustoszenie (myślałem tak zwłaszcza, kiedy byłem dzieckiem i podczas dorastania). Ale co mogę zrobić? W całym moim życiu Ateny były jedyną kobietą, która kochałem.

Ateny 1960/ foto: Ioannis Lambrou

 

Kostas Tachtsis
Tłumacznie Katarzyna Jakielaszek

*W języku greckim nazwa stolicy jest rodzaju żeńskiego i brzmi Αθήνα (Athina), oznaczając imię dawnej patronki miasta – bogini mądrości Ateny. Wielu Greków i Greczynek wciąż nosi imiona greckich z panteonu greckiej mitologii, jak Atena (przy imieniu zmienia się wówczas akcent), Artemida czy Afrodyta, czy tez imiona bohaterów historycznych jak Perykles czy Miltiades