Kilka miesięcy spędzonych niespodziewanie na greckiej ziemi. Nowe doznania, nowe doświadczenia i nowi ludzie. Jak nasi bohaterowie, Artyści w podróży, odnaleźli się w pandemicznej greckiej rzeczywistości? Bez wątpienia musieli zmierzyć się z własnymi obawami, dotychczasowymi przekonaniami. Z czytelnikami Polonoramy dzielą się swoimi spostrzeżeniami i tym co dała im Grecja.

Artyści w podróży – kto kryje się pod tym niecodziennym określeniem?
Blog pary niezależnych filmowców, którzy chcieli podzielić się swoją niezwykłą podróżą. Zostaliśmy podróżnikami z przypadku. Przyjechaliśmy z bagażem podręcznym na krótki urlop na Kretę, a z powodu pandemii zostaliśmy już ponad półtora roku. To jedne z najwspanialszych miesięcy naszego życia.

Co tworzycie, jakie są kierunki Waszej artystycznej działalności?
Jesteśmy niezależnymi filmowcami. Z racji pracy, przez ostatnie lata bardzo dużo lataliśmy po świecie. Podróże były o tyle wyjątkowe, że dawały nam dostęp do ludzi i miejsc, których nie spotkalibyśmy jako turyści. Te spotkania są częścią naszej pracy, ale finalnie są tylko naszym wspomnieniem. Od jakiegoś czasu chciałam zacząć się nimi dzielić na blogu. W pandemii pojawiła się na to okazja, wraz z konkursem Ministerstwa Kultury na działalność online. Konkurs był skierowany dla pozbawionych pracy artystów. Blog „Artyści w podróży” dostał stypendium twórcze na początek swojej działalności i oto jesteśmy. Aktualnie piszę o naszej greckiej podróży, ludziach których spotykamy, epidemicznych przygodach i niezwykłych miejscach. I naszych greckich kotach oczywiście. W przyszłości planuję opowiedzieć o naszych podróżach po Indiach. Pojawią się też rozmowy z artystami i innymi filmowcami z krajów, które odwiedzamy. Stąd tytuł bloga. Ponieważ dzielimy nasz czas między pracę i bloga, to ostatnio cała energia została ukierunkowana na skończenie jednego z naszych projektów dokumentalnych. Drugi projekt jest w drodze. Stąd blog trochę ucichł. Ale niedługo wracamy „na poważnie”. Po miesiącach Greckiej przygody w namiocie nie chcemy wracać do Polski. Postanowiliśmy przejść na nowy level życia nomadycznego i właśnie kupiliśmy przez telefon 35 letniego vana, w którym zamieszkamy podróżując po Europie. Z tego centrum operacyjnego będziemy nadawać, wyszukiwać tematy, pisać i fotografować.

W jakim celu przyjechaliście do Grecji?
Od 3 lat wciąż pracowaliśmy. W 2020 postanowiliśmy wykorzystać ferie na krótki urlop. Bez pracy, czysty relaks. Wybraliśmy Kretę bo tam w zimie nie jest tak zimno. Przyjechaliśmy na dwa tygodnie. Ale na wszelki wypadek wzięliśmy laptopa i dyski. Tak w razie co. 🙂 I gdyby nie ta „szajba pracoholika” już dawno musielibyśmy wrócić do kraju. A tak wciąż tu jesteśmy, bo mamy nasze narzędzia pracy przy sobie.

Czy Wasze plany zmieniły się podczas pobytu?
Kiedy po dwóch tygodniach naszego pobytu na Krecie, dowiedzieliśmy się, że jedna z osób z którymi pracujemy, została po powrocie z urlopu skierowana na kwarantannę, postanowiliśmy zostać jeszcze tydzień i przebukowaliśmy bilety. Jednak skończył nam się hotel, więc postanowiliśmy spędzić tydzień w namiocie na plaży, w ramach krótkiej przygody. Potem sytuacja zaczęła nabierać tempa. Już było wiadomo, że epidemia szybko się nie skończy i że odwołają nam wszystkie planowane na żywo spotkania. Postanowiliśmy zostać jeszcze tydzień. W trzecim tygodniu wszystkie loty anulowano. Świat się zamknął. A my tu, na plaży, prawie 20 stopni, za nami góry, przed nami morze libijskie. Czuliśmy, że jesteśmy oddzieleni od wszystkich problemów na świecie. Czuliśmy, że tu nic do nas nie dotrze. Utwierdzili nas w tym lokalni mieszkańcy powtarzając, że mamy szczęście, że tu zastała nas epidemia, że nie ma chyba lepszego miejsca na ziemi. Więc jak rząd rozpoczął organizację lotów do domu dla Polaków, którzy utknęli za granicą, my już postanowiliśmy, że zostajemy. To była bardzo prosta decyzja. Nigdy jeszcze tak nie byłam pewna tego co robię. To o tyle nietypowe dla mnie, że zawsze mam problemy decyzyjne. Tym razem oboje wiedzieliśmy, że tak ma być. Zostajemy na plaży na Krecie. Los tak chciał i był dla nas łaskawy.

Dlaczego wybraliście Grecję na swój cel podróży, czy wcześniej już tutaj byliście?
Mieliśmy pojechać do Indii w tym czasie. To był luty więc sezon na Azję, ale T. nie chciał kolejnego wyjazdu do Indii, więc postanowiliśmy, że przeżyjemy coś nowego i kupiliśmy bilety do Tajlandii. Przed naszym wyjazdem byli tam już wszyscy Chińczycy świętując chiński Nowy Rok i wydawało się bardzo prawdopodobne, że jeśli epidemia się rozniesie to właśnie tam. Nikt nie przypuszczał nawet, że zaraz zamkną Europę. Zrezygnowaliśmy z Tajlandii i postanowiliśmy pojechać gdzieś bliżej. Najsłoneczniejszym miejscem w zimie jakie nam przyszło do głowy była Kreta, którą odwiedziliśmy rok wcześniej z tego samego powodu. Nie przewidzieliśmy, że w lutym będzie jednak padać. Ale gdy przenieśliśmy się na południe wyspy, pogoda była idealna.

W jednym z wpisów napisaliście: „Na południe Krety jedzie się zniknąć. Schować. Uciec” czy możecie rozwinąć tę myśl?
Południe nie jest tak rozwinięte turystycznie. Rządzi się swoimi prawami. Czy też prawami jej mieszkańców. Nic tam nie ma, oprócz gór i morza. Przyciąga więc ludzi, którzy szukają ucieczki od cywilizacji, alternatywy. To nie jest miejsce dla każdego.

Jakie inne miejsca odwiedziliście?
Po za południową Kretą byliśmy w krainie Centaurów – na półwyspie Pelion, w Meteorach, Delfach, przejechaliśmy przez Termopile, Napfilo, Epidavros, mieszkaliśmy na wyspie Poros, zwiedziliśmy półwysep Mani, część Lakonii z Monemvasią i fragment Messenii. Wszystko z kreteńskim kotem. 🙂 Problem z Grecją jest taki, że piękno się nie kończy tylko zmienia i bardzo ciężko przejechać z punktu A do punktu B jeśli człowiek otworzy się na to co jest po drodze, bo co chwila jest tak pięknie, że szkoda jechać dalej. Z Pelionu do Peloponezu jechaliśmy półtora miesiąca. Zresztą – jechaliśmy z powrotem na Kretę, tylko ogłoszono kolejny lockdown i odwołano nasz prom.

Czy i w jaki sposób eksplorowanie Grecji wpłynęło na Wasze artystyczne działania?
Bycie artystą wymaga bardzo wielu nieartystycznych działań i organizacji. Ponieważ nikt nie czeka na to co zrobisz, musisz się sam dyscyplinować. W tej dyscyplinie łatwo zagubić lekkość, radość i przede wszystkim kreatywność. Teraz między jednym, a drugim zadaniem idę na pół godziny popływać w morzu, albo czytam w wąwozie ukryta przed słońcem, albo patrzę na góry. Nie pamiętam, kiedy byłam tak wypoczęta psychicznie. Zawsze uważaliśmy, że trzeba siedzieć w jednym miejscu /biurze, mieszkaniu/ aby pracować, a jak zasłużymy, to kiedyś w wolnym czasie pojedziemy sobie na przygodę. Dziś rozumiem, że nigdy by to nie nastąpiło. Są osoby, które potrafią wykorzystać wolny czas, my nie potrafiliśmy. Wszystko zmieniła pandemia. Wyrwała nas z systemu. Duża zmiana to brak stałego łącza z internetem i ciągłego dostępu do elektryczności. Zamiast seriali, czytamy książki. Np. T. przeczytał od zeszłego roku 43 książki. Wcześniej myślał, że nie ma na to czasu. A z tego wolnego czasu okradał nas dostęp do internetu, który mieliśmy w domu.

Jak to odmieniło Wasze całościowe funkcjonowanie?
Myślę, że czas lockdownu odmienił nas wszyskich. Nie umiem sobie wyobrazić co czuje człowiek zamknięty miesiącami we własnym mieszkaniu, w kraju, gdzie załamała się służba medyczna. Nam się udało tego uniknąć. Jednak myślę, że wszyscy zadaliśmy sobie pytania, o to co jest dla nas ważne i czego naprawdę chcemy. Zrozumieliśmy, że życie jest teraz, nie później. To kolejny znany “banał”, którego nie umiałam wcześniej dotknąć. Teraz to czuję. Okres lockdownu w namiocie był absolutnie transformacyjny. Wyrwani z wygodnego mieszkania znaleźliśmy się w górach nad morzem, ograniczeni do odległości które możemy pokonać piechotą. To uczy pokory i sprowadza na ziemię. Szczególnie zderzenie z potęgą natury i powrót do jej prawdziwych rytmów. Brak bierzącego prądu spowodował, że chodziliśmy spać wraz z zapadnięciem zmroku, przed snem, w ciemności opowiadaliśmy sobie o swoich myślach zebranych danego dnia. O 6 budził nas świt. Kiedy po miesiącu pękł nam materac myśleliśmy, że to koniec, bo wszystkie sklepy były zamknięte. Spanie na ziemi okazało się najlepszym lekarstwem na bolące plecy. Oczywiście – ziemia na Krecie jest ciepła, nawet w zimie.

Jakie odczucia towarzyszyły Wam podczas pierwszych spotkań z mieszkańcami wyspy?
Grecy uwodzą nowo przybyłych tak bardzo, że ciężko później odejść. Bo jak porzucić miejsce, w którym wszyscy się cieszą na twój widok. Zima to też inny okres, w którym wszyscy mają czas wolny. Nie ma turystyki, można po prostu być. Wspaniałe były te spotkania.

Jakich trudności doświadczyliście podczas swojego pobytu w Grecji? Czy tryb życia w Grecji różni się od tego w Polsce?
Pod każdym względem. Tu wszyscy mają czas i celebrują codzienność. Ta grecka codzienność jest tak piękna, że rzeczywiście nie trzeba nic wydziwiać, żeby się cieszyć. Natura daje tu wszystko. Zimę drugiego lockdown’u spędziliśmy na Peloponezie. Co miesiąc pojawiał się na bazarze inny owoc. Kiedy kończyły się w styczniu pomarańcze, w lutym pojawiły się kumkwaty, potem w kwietniu niesplik, melony, truskawki, teraz zaczynają się nektarynki i arbuzy. Jak tu się nie cieszyć codziennością? W Grecji wystarczy mieć trochę pieniędzy na jedzenie i nic więcej człowiekowi do szczęścia nie potrzeba. To nie to samo co puste godziny w mieszkaniu w Warszawie, które trzeba czymś wypełnić; pracą, kupowaniem kolejnych rzeczy, serialami itp. Od roku chodzę w jednych klapkach i pareo. W mieście nie dałabym rady. Chciałabym „wyglądać”.

Czy podczas pobytu na Krecie zawarliście jakieś znajomości, które trwają do dziś?
Tak. To był wyjątkowy czas także dlatego, że zostaliśmy „zlockdownowani” w miejscu, gdzie od czasu do czasu pojawiali się inni podróżnicy. Głównie ci co przemieszczali się vanami. Każdy podjął decyzję o zostaniu na Krecie, zamiast powrotu do domu. To nas połączyło. Jednocześnie w miejscu w którym mieszkaliśmy, poznaliśmy wielu obcokrajowców, którzy przyjechali tylko na urlop 30 lat wcześniej i nigdzie indziej nie chcieli już pojechać. Taka charakterystyka miejsca, że przyjeżdżasz na chwilę i zostajesz na 30 lat. Gdyby nie wygnały nas letnie upały, chyba byśmy nigdy nie wyjechali. Ale w lipcu temperatura dochodząca do 40 stopni wygoniła nas na północ Grecji.

Tyle miesięcy w namiocie to zdecydowanie duże wyzwanie. Jak to wspominacie z perspektywy czasu?
Niezmiennie jako najlepszy czas w naszym dotychczasowym życiu. I jako dar.
Nigdy „na sucho” z domu nie zdecydowalibyśmy się na coś takiego.
Nie umiem sobie tego nawet wyobrazić. No bo co, siedzimy w domu kończymy prace i mówimy do siebie: „a za miesiąc pojedźmy do Grecji, tam znajdziemy sobie jakąś plażę i zamieszkamy na niej na pół roku. A może pojedźmy i już w ogóle nie wracajmy do Polski” No jak? Przecież to niemożliwe. To musiało się stać samo. Całą sytuację stworzyły okoliczności, a my powiedzieliśmy tak.

Podczas jednego wpisu w mediach społecznościowych napisaliście: „Na Krecie panują silne przeciwieństwa, niezrozumiała ksenofilia łączy się z silnym konserwatyzmem, miłość z nienawiścią.” czy moglibyście tę myśl rozwinąć?
Kreteńczycy są bardzo tradycyjnym społeczeństwem. Bardzo określone są role społeczne kobiet i mężczyzn. Dlatego otwartość na podróżnych i ciekawość jaka jest na wyspie jest niezwykła. Zwykle społeczeństwa konserwatywne są bardzo pozamykane. Kreteńczycy są ciekawi obcego. To bardzo piękna i rzadka cecha.

Czy trudno było się Wam przyzwyczaić do warunków atmosferycznych?
W zimie nie, gorzej jak zaczęła się wiosna. Kiedy w lutym świeciło słońce i było 17 stopni liczyliśmy dni do marca, a później kwietnia spodziewając się, że będzie już tylko lepiej. Wtedy nadeszły wiosenne wiatry. To był koszmar. Były dni, że nie dało się iść, bo tak mocno wiało. Kwiecień chyba był najgorszym momentem. Pamiętam go jako niekończący się piasek w twarz i wiatr, który doprowadza do obłędu. To był jedyny moment, kiedy miałam naprawdę dość mieszkania w namiocie i gdyby ktoś nam chciał wynająć pokój zgodziłabym się bez mrugnięcia okiem. Na szczęście nikt nie chciał i tak spędziliśmy w namiocie wiele pięknych miesięcy.

W Grecji udało się Wam spędzić Boże Narodzenie, jaka atmosfera panowała wówczas na Krecie i co szczególnie zapamiętaliście?
Na Krecie spędziliśmy Wielkanoc pierwszego lockdownu. Na Boże Narodzenie (2020 ) byliśmy już na Peloponezie. Wielkanoc była pierwszym momentem kiedy zobaczyliśmy, że Grecy mogą się „podłamać”. Wszyscy chodzili przybici, bo mieli zakaz spotkań i przekraczania granic regionu. Rodziny nie mogły odwiedzić się na wzajem, sprowadzono policję z innych regionów, żeby była bardziej surowa w egzekwowaniu obostrzeń. Ludzie byli zdruzgotani. To był dla nich najtrudniejszy moment. Mówiło się, że planują przenieść Wielkanoc na inny termin i obejść raz jeszcze, już po zniesieniu restrykcji. Boże Narodzenie na Pelponezie właściwie się nie wydarzyło. Grecy nie obchodzą gwiazdki i nikt się tym niespecjalnie przejmował. Można było się zorientować, że to święta tylko po kolendach w markecie dla angielskich emerytów i choince z kaktusa.

Teraz pytanie, które niewątpliwie nurtuje wielu naszych czytelników. Jak radziliście sobie z tak oczywistymi kwestiami życia codziennego jak: gotowanie, pranie, czynności higieny osobistej?
Dzień przed całkowitym lockdownem pojechaliśmy z sąsiadem do miasteczka, gdzie kupiliśmy podstawowy ekwipunek. Jednocześnie wydawało nam się absurdem, że to robimy i że jutro okaże się, że to jakaś bzdura. Ale to nas ocaliło. Dzięki temu mieliśmy kuchenkę gazową, patelnie i garnek. Na Kretę przylecieliśmy tylko z bagażem podręcznym. Ponieważ strasznie wiało, śmiało mogę powiedzieć, że wiem już co to jest bycie strażnikiem domowego ogniska, bo tekst „pilnuj ognia” nie jest już dla mnie metaforą. Gotowaliśmy w tipi na plaży. W miasteczku były prysznice i zlew, więc tam można było się umyć i zrobić pranie. Woda była podgrzewana panelami słonecznymi, a słońca nie brakowało, więc i ciepła woda czasami była. Po za tym codziennie pływaliśmy w morzu. Była też otwarta toaleta. Nie były to więc warunki skrajne.

Jak wyglądał Wasz standardowy dzień?
Pobudka o 6 rano wymuszona słońcem wpadającym do namiotu, pływanie, kawa, śniadanie, mycie misek w morzu – piaskiem, wyprawa na taras zamkniętej tawerny. Tam za zgodą właściciela, mogliśmy korzystać z gniazdka elektrycznego. Praca na laptopie przez kilka godzin. Później pogadanki w trybie social distancing pod lokalnym sklepem, wymiana informacji ze starym duńczykiem -ile jest zachorowań w czyim kraju, obiad gotowany w tipi, wyprawa do sklepu po słodycze na drugą stronę góry, czytanie w hamaku, pływanie i ze zmrokiem do łóżka. 🙂

Raz para niemieckich emerytów wywiozła nas na wycieczkę, na trasę którą bardzo lubili. Byli po 70ce więc kto by zakładał, że nas tak załatwią. Powiedzieli, żebyśmy wzięli prowiant, bo po drodze nie ma żadnego sklepu. Wracaliśmy do domu 10 i pół godziny.

Z jakimi reakcjami ze strony otoczenia w Polsce się spotkaliście?
Na początku bliscy chcieli nam pomóc wrócić do domu. Zaproponowano nam nawet przemyt w transporcie oliwy. Po części to rozumiem, bo wyobrażenie pokryzysowej Grecji i tutejszej służby zdrowia w konfrontacji z wirusem było niepokojące. Nie wiadomo było jak epidemia przebiegnie w Grecji. Mogliśmy zostać drugą Hiszpanią. Jednak z jakiegoś powodu wydawało nam się, że jesteśmy w najbezpieczniejszym możliwym miejscu. Za nami góry, przed nami Afryka. Lepiej być nie może. Największe przerażenie budził w naszych opowieściach namiot. Nie jest przedmiotem zazdrości, choć to najlepsza część tego doświadczenia. Na tę zimę, wynajęliśmy pokój, bo były wielkie ulewy na Peloponezie. Ale teraz wróciliśmy do namiotu i muszę powiedzieć, że czujemy się jakby ktoś nas wypuścił z więzienia. Bliskość natury uzależnia.

Jakie reakcje napotykaliście ze strony greckiego społeczeństwa?
W Grecji panuje bardzo przyjemny lessefairyzm. Każdy robi co chce i Greków to co robisz po prostu nie interesuje. Dopiero w zderzeniu z tym podejściem zobaczyłam jak Nocny portier Kieślowskiego opisuje duszę Polaka. „Co wy tu robicie!?” Oczekiwałam na to pytanie od każdego, kto widzi nasz namiot w dziwnym miejscu. Czekanie na pretensje przechodnia to standard w mojej głowie. Jednak nigdy nikt nie zwracał na nas uwagi.

Czy mieliście jakieś incydenty prawne, wszak panowała pandemia?
Nie, absolutnie żadnych. Widzieliśmy za to kreteńska policję w akcji i dziwię się, że nie ma znanych seriali kryminalnych o Krecie. Ale myśmy nikogo nie interesowali, bo siedzieliśmy w opuszczonym miasteczku na opuszczonej plaży. Nigdy nie łamaliśmy zasad lockdown’u. Pamiętam jak chodziliśmy do miasteczka obok i rozmawialiśmy z zaprzyjaźnionym właścicielem tawerny. On stojąc w drzwiach, żeby broń boże nikt go nie posądził, że kogoś wpuścił do środka cały czas się nerwowo rozglądał i liczył metry między nami. Kiedy spytałam co robi, powiedział, że do górskiej wioski do kafenionu wpadła policja i aresztowali wszystkich emerytów przed telewizorem, a właściciel dostał potężną karę. Emerytów w górach. I tak liczyliśmy te metry przy każdej rozmowie, mimo, że nikogo wokół nas nie było

Czy przez pryzmat Waszych doświadczeń zdecydowalibyście się jeszcze raz na realizację takiego wyzwania?
My nigdy nie przestaliśmy go realizować. Po lockdwonie postanowiliśmy nie wracać do Polski, spędziliśmy kilka miesięcy jeżdżąc po Grecji, później kolejny lockdown zastał nas na Peloponezie, gdzie byliśmy przez ostatnie 7 miesięcy. Teraz znów podróżujemy czekając na drugą szczepionkę. I właśnie kupiliśmy 35 letniego vana, żeby mieć mobilny domek. Na razie nie wyobrażamy sobie powrotu do mieszkania.

Jakie rekomendacje macie dla osób, które są zainteresowane tym rodzajem podróżowania?
Była bym ostrożna z radzeniem, bo nie znam normalnej Grecji, takiej bez lockdown’u. Nasze działania były całkowicie przypadkowe i nie wiem z jakim by się spotkały przyjęciem w normalnym sezonie. Wszędzie gdzie się pojawialiśmy nikogo nie było. Pamiętam jak przyjechałam do Meteory. Kalambaka w której nocowałam składa się z samych knajp. Był środek sierpnia, a ja szłam przez miasteczko pełne zasłanych, czekających na gości pustych stołów. Całe rzędy pustych knajp. Byliśmy tam prawie trzy tygodnie i nic się nie zmieniło. W takiej sytuacji spotkania wyglądają inaczej niż w normalnym życiu. Ja wierzę, że każdy ma własną drogę. Ale jednocześnie wierzę w to, że się uczymy i inspirujemy innymi. Dlatego „podróże kształcą” ( śmiech )… widzimy ludzi którzy żyją inaczej i nagle rozumiemy, że tak też można. I że my też możemy, ale nie musimy. Albo, że to nam się podoba i chcemy to sobie od nich wziąć, a co innego nam się nie podoba i wcale nie chcielibyśmy tego dla siebie. Taka możliwość bardzo dużo daje.

Dlatego mam nadzieję, że lektura naszego bloga otworzy jakieś nowe przestrzenie naszym czytelnikom, do czegoś zainspiruje. Ale nie jest to jakieś call tu action, że teraz zachęcam do takich wypraw, bo dla kogoś innego mogą być koszmarem. Zależy mi żeby to była ciekawa lektura, tak jak czytanie dobrego reportażu. Nie znaczy to, że od razu musimy zostać reporterami. W ciągu ostatniego roku zainspirowaliśmy kilkoro znajomych do przyjazdu do Grecji. Każdy z nich przyjechał po swojemu – na rejs, do luksusowego hotelu, do taniego pensjonatu. Ale każdy z nich przyjechał do Grecji i dla Grecji. I to gorąco polecam.

© rozmawiała: Marzena Mavridis
zdjęcia: archiwum prywatne