Kobieta o niezwykłej energii. Jednoosobowa wytwórnia rzeczy pięknych, specjalizująca się w ceramice w stylu greckim. Jej wyjątkowe przedmioty można znaleźć w stworzonym wraz z synem sklepie AcropolisGallery w serwisie Etsy, na Facebooku i Instagramie. Specjalnie dla nas opowiada o swoich początkach, greckiej emigracji i poczuciu życiowego spełnienia.

Ponad 30 lat na emigracji w Grecji. Nie mogę nie zapytać o jej początki. Dlaczego Grecja?
Przyjechaliśmy we wrześniu 1987 roku, częściowo ze względu na problemy zdrowotne starszego syna, a częściowo przez zamiłowanie do ciepłego klimatu i słońca. Mój tata, który był malarzem często mówił „ach, tak bym sobie usiadł pod Akropolem, popatrzył i pomalował!”. To wszystko razem złożyło się na tę naszą decyzję. Mieliśmy do wyboru Hiszpanię, Włochy i Grecję. Siedzieliśmy z mężem, patrzyliśmy na mapę – wybór padł na Grecję i tak minęło prawie 34 lata. Przyjechałam tu z mężem, 2,5-letnim synem i w ciąży z kolejnym. Synek zaczął mieć problemy ze zdrowiem po wybuchu w Czarnobylu. Po tych trzech dniach od wybuchu, o którym nam nie powiedziano, ale zatrzymywano nas tylko i podawano jod na ulicach, zaczął mieć problemy z oddychaniem, wędrujące czerwone plamy, więc zasięgnęliśmy opinii zaufanego lekarza. Powiedział, że to wygląda na skutki radioaktywności i zalecił co najmniej dziwne dla nas metody w przypadlu dziecka, czyli picie czerwonego wina i jedzenie zielonego groszku…Odrobinę pomogło, ale zdecydowana poprawa jego stanu nastąpiła dopiero po przyjeździe do Grecji.

Przyjechaliśmy do małej miejscowości Litochoro pod Olimpem. Dookoła tylko góry i morze, więc dziecko szybko zaczęło lepiej funkcjonować. W Polsce bywały trudne momenty, wzywałam w nocy lekarza do sinego wręcz synka, a mąż mdlał. Lekarz zawsze pytał, do którego najpierw… (śmiech) Litochoro to był trochę przypadek. Jechaliśmy w pociągu ze starszymi Polkami, które widziały, że źle się czuję w ciąży, jestem zmęczona podróżą z małym dzieckiem i zaproponowały, żebyśmy zostali na noc, dwie, odpoczęli i dalej ruszyli do Aten. Przyjechaliśmy do Aten akurat w rekordowo upalne lato i szybko zdecydowaliśmy, że jednak wolimy Litochoro. W Atenach byliśmy zaskoczeni widokiem rosnących na każdym kroku pomarańczy. Mąż nazrywał całą torbę i wróciliśmy do hotelu z zamiarem jedzenia, a te okazały się kwaśne. Co za rozczarowanie! Wszystko tutaj było dla nas nowe.

Klimat w Polsce w Polsce był niesprzyjający, także politycznie…
Wtedy o wolności w ogóle nie było mowy. Działy się absurdalne rzeczy, nam dano paszporty, a syna pominięto. Szczęśliwie udało się to jakoś odkręcić, ale gdy już dojechaliśmy do Bułgarii, do Sofii, to dotarły na nas podobno jakieś donosy. Jechaliśmy z tej Sofii pociągiem i na każdej stacji pytałam męża, czy to już Grecja. Gdy wreszcie usłyszałam „to już granica, to już Grecja”, odwróciłam się i powiedziałam: a teraz możecie mnie wszyscy pocałować! Tak to wtedy czułam. To była taka radość i powiem wolności! Gdy dziś widzę młodych ludzi podróżujących z małym dzieckiem, wsiadających w samochód i jadących, gdzie chcą, zawsze powtarzam jak mają dobrze. My wtedy tak bardzo chcieliśmy się gdzieś ruszyć, a nie było wolno…Dziś to inny świat.

Jakie było pierwsze wrażenie z Grecji, ten powiew wolności?
Wspaniałe uczucie. Nie przeszkadzało nam nawet to, że nie znamy języka. Tam gdzie byliśmy, nikt praktycznie nie mówił po angielsku, ale to wszystko było niczym w porównaniu z tym, co człowiek wtedy czuł. Pełne sklepy, gdy w Polsce nie było nic. Gdy weszliśmy do sklepu mięsnego, a tam wszystko! Wszędzie winogrona, słodycze, wielka odmiana po kartkach i pustych półkach w Polsce!

Czyli zachwyt od pierwszego wejrzenia?
Tak, ale zdradzę, że Grecja miała być tylko przystankiem. Naszym marzeniem była Australia, wyrabialiśmy nawet papiery, żeby wyjechać, tuż przed naszymi rozmowami program wyjazdów został zamknięty. Uznaliśmy, że w takim razie USA. Nie wyszło. Człowiek, który miał nasze papiery, żeby w tym pomóc – trafił do więzienia. Zaproponowano nam Kanadę, ale ta nigdy nie była w naszych planach, bo tam też jest zimno. Zostaliśmy. Polska jest blisko i dziś możemy tam być kiedy chcemy. Mogli nas odwiedzać rodzice i znajomi. Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Nie narzekam na Grecję, wstyd byłoby narzekać.

O upadku komunizmu dowiedzieliście się Państwo już w Grecji. Pamięta Pani swoją reakcję?
Byliśmy na plaży, na którą przyjechały też Rosjanki sprzedające kryształy. Rozmawialiśmy sobie i powiedziałam coś w stylu „no tak, bo w Związku Radzieckim…”, na co od razu gwałtownie zareagowały „ale w jakim Związku Radzieckim, nie ma już u nas żadnego Związku, wszystko upadło, to ty nic nie wiesz?”. Nie wiedziałam! Zażartowałam, że może jeszcze muru w Berlinie też nie ma, a one popatrzyły na siebie, na mnie i w śmiech, uświadamiając nas, że mur też już należy do przeszłości. Po prostu my cały ten upadek komunizmu przesiedzieliśmy na plaży. Świat by się skończył, a my pewnie dalej siedzielibyśmy na plaży i spokojnie pływali.

Czyli stoicki spokój udzielił się Wam od początku. Obyło się bez szoku kulturowego?
Przeżyliśmy lekki szok kulturowy po przyjeździe z Gdańska, Elbląga do Litochoro. Zamieszkaliśmy przy rodzinie, która miała synową w naszym wieku. Przychodzi tata z pracy – siada i woła każdą z nich. Olimpia, woda! Katerina, ręcznik! Babcia – miska! Patrzymy co oni robią, a tu cały rytuał. Wszystkie kobiety w domu na zawołanie przynoszą co trzeba, a ojciec siedzi i moczy te nogi w misce. Dla nas – szok. Moją ambicją było od tej pory buntowanie tej synowej, żeby się nie zgadzała na to wszystko (śmiech). Nie podobało mi się to, co się działo na greckiej wsi, bo tym kobietom nic nie było wolno. Oczywiście, w Atenach i miastach było zupełnie inaczej. Ja byłam jednak z innego świata. W Polsce byłam przyzwyczajona, że chodzę gdzie chcę, na basen, na łyżwy, gotuję, czasem coś upiekę, bo lubię. A tutaj nagle czegoś nie wypada, nie wolno im było iść do kawiarni, w których przesiadują mężczyźni, choć ja ten nieformalny zakaz akurat łamałam. Gdy mąż pomagał mi w praniu albo robił to pranie sam, przychodziła babcia i biła go po rękach – zostaw to, gdzie Anna? Anna na spacerze – odpowiadał jej ze spokojem. A Anna w tym czasie maszerowała na spacer w spódniczce, makijażu, z jednym w dzieckiem w wózku i z drugim za rękę.

Taka Polka rebeliantka, to dopiero musiał być i dla Greków szok kulturowy!
Był! Gdy mąż pracował przy układaniu chodników przy plaży, codziennie przychodziłam z dziećmi i przynosiłam mu kanapki. To było zawsze wejście smoka! Greczynki pytały mnie z oburzeniem jak ja tak mogę, a męża jak on mi na to pozwala. Bawiło nas to i czasem robiliśmy sobie niewinne żarty, np. mąż rozwieszał pranie, a tam kolorowa bielizna damska, którą rozwieszał ze szczególnym namaszczeniem. Babcia przybiegała natychmiast strofując go, że tak nie można i dostawał po rękach za te niecne czynności! To było 30 lat temu, mnóstwo rzeczy się zmieniło. Dziś Greczynki wystrzeliły tak, że trudno je dogonić. I bardzo dobrze!

Paradoksalnie Wy jako przybysze zza żelaznej kurtyny w kwestii mentalności i praw kobiet byliście powiewem Zachodu.
Prawda jest taka, że Grecy nigdy nic złego na nas, na Polaków nie powiedzieli. Byliśmy jednymi z Polaków z tej pierwszej fali, potem było nas naprawdę wielu. Grecy zawsze cenili Polaków. Było wobec nas mnóstwo aktów sympatii. Grek, mąż mojej przyjaciółki Polki, to jeden z najlepszych ludzi jakich znam. Miał swoją tawernę i był uczciwy do bólu, nigdy nie potrafił skłamać, że jedzenie z poprzedniego dnia jest świeżo przyrządzone. Nie mógł tego sprzedawać, więc jeśli coś zostało na koniec dnia zawsze mówił „Anna, powiedz wszystkim Polakom, że mamy jedzenie” i karmił nas wszystkich. Za darmo. Do tej pory to wspominamy. Mały, wielki gest. Wśród tamtej fali Polaków, z których część wyjechała później do Kanady czy USA, było wielu świetnie wykształconych ludzi, którzy potrafili się odnaleźć w każdej sytuacji, choćby miało to być zbieranie kamieni. Wszyscy byliśmy równi i tak też nas traktowali Grecy.

Zaczęliście budować życie od zera w zupełnie nowym miejscu, bez znajomości języka, z małymi dziećmi. Jakie były te początki?
Największym problemem moich dzieci było, to gdzie zjedzą poranną tiropitę – w górach, czy nad morzem, bo wszędzie było blisko (śmiech). Na początku mieliśmy śmieszne prace, byle je mieć. Zaczęło się od…zbierania kamieni na polu. Gdy dzwoniliśmy do domu i mówiliśmy, że zbieramy kamienie to reakcją było „Jakie kamienie?!”. W tamtej górzystej okolicy ziemia rodzi kamienie, z których po zebraniu buduje się ogrodzenia. Potem zbieraliśmy wszystko co się da zebrać, migdały, kiwi, przy którym było mnóstwo śmiechu, bo mówimy „Boże, ziemniaki na krzakach rosną!” (śmiech). Wtedy nikt z nas nie wiedział jak wygląda kiwi w rzeczywistości. W Polsce grałam na pianinie, więc szybko znalazłam pracę w piano barze, dzieci były małe więc trzeba było pracować w nocy. Mąż pracował w kamieniołomach. Zawsze się bałam czy bezpiecznie wróci, bo tutaj w Grecji z przepisami BHP akurat nie było najlepiej. Wielokrotnie też zmienialiśmy miejsce pobytu, mieszkaliśmy m.in na Krecie. W sumie przeprowadzaliśmy się 16 razy!

Czyli start od zera dla Państwa i pierwsze siwe włosy u rodziny w Polsce na wieść, że córka – nauczycielka z artystycznym zacięciem zbiera w Grecji kamienie.
Oczywiście, rodzina nie była zachwycona, pytali po co się uczyliśmy, kształciliśmy, skoro wylądowaliśmy w Grecji. Mój tata skończył dwa fakultety, co na tamte czasy było wyjątkowe. Był w domu dziecka, do wszystkiego doszedł sam. Nauczył mnie wszystkiego – języków obcych, robienia na drutach, na szydełku, na tokarce. To co umiem, umiem dzięki niemu. On zaraził mnie pasją do malowania. Mnie jednak wszystko się w Grecji podobało i do dziś mi się podoba. Prawda jest taka, że bardzo dobrze nam się tu mieszkało przez te wszystkie lata. Dzieci poszły do greckich szkół, byli najlepszymi uczniami. Nie mieliśmy tutaj jakichś nieprzyjemności. Uważam Greków za bardzo dobry naród. Mają wady jak każdy z nas, ale jeśli sam jesteś w stosunku do nich w porządku, można tu sobie bardzo dobrze radzić i dobrze żyć. Był nawet moment, kiedy chciano mojego męża adoptować i bylibyśmy właścicielami ogromnych szklarni z bananami na Krecie, gdzie mąż pracował. Wtedy ta Kreta wydawała nam się zbyt odległa. Ze względu na edukację dzieci przenieśliśmy się do Aten na stałe.

Dla dzieci początek szkoły, a dla rodziców początek kolejnego rozdział – ateńskiego. To tutaj znalazła Pani idealną pracę dla siebie.
Przez te wszystkie greckie lata wykonywaliśmy wiele ciekawych prac. Pracę, którą teraz wykonuję, pretekst do naszej rozmowy, znalazłam…przypadkiem. Siedzę u fryzjera z dzieciakami i nagle zauważyłam małe wazoniki stojące przy lustrze. Spodobały mi się i zaczęłam o nie podpytywać, mówiąc, że sama trochę maluję. A takie umiałabyś pomalować? – zapytał fryzjer, a ja na to, że „pewnie, że umiałabym!” Zdziwiło go to moje zapewnienie i mówi „skoro tak, to chodź ja cię tu zaraz zaprowadzę”. Poszliśmy do atelier obok. Jego córki miały swoją pracownię, malowały greckie wzory. Bardzo dobre malarki, tworzyły niesamowite rzeczy. Chwilę porozmawiałyśmy. Następnego dnia byłam już w nowej pracy. To było dokładnie dwadzieścia lat temu. Jednocześnie pracowałam jeszcze w hotelu i kasynie, coraz bardziej wchodząc w malowanie. Początki były trudne. Mój pracodawca nie wytłumaczył mi jakimi technikami się posługiwać, żeby osiągnąć zamierzony efekt, że np. linię włosów robi się specjalną igłą, więc próbowałam te wzory wykonać intuicyjnie. Próbowałam wydrapać wzór, nie wychodziło, więc nad pierwszymi wazonami nawet się popłakałam, ale nie poddałam się. Po latach sama już uczyłam malować innych, nawet narzeczoną syna, która ma do tego bardzo dobrą rękę. Przez lata malowałam dla innych, współpracowałam z różnymi sklepami, miałam nawet z koleżanką sklep w Katerini, ale niestety nadszedł grecki kryzys. Jako rodzinie udało się nam w miarę dobrze przez niego przejść. Mąż od 26 lat pracuje w firmie, która prosperowała przez ten czas normalnie. Zdarzały się jednak sytuacje, że wracał z pracy i mówił, że obcięli mu pensję. O pięćset euro. W jeden dzień. Dla nas to było zapłacenie za mieszkanie, rachunki, więc oczywiście nie było łatwo. Ja zawsze miałam jakąś pracę, bo jak mawiała Irena Kwiatkowska „jestem kobieta pracująca i żadnej pracy się nie boję”. Opiekowałam się dziećmi, dawałam lekcje gry na pianinie, robiłam szkło i piękną porcelanę z bardzo znaną w Grecji Saviną Vasiliadi. Mogłam zobaczyć od podszewki jak się robi wiele interesujących mnie rzeczy. Pochłonęło mnie to i pomogło przejść przez czas kryzysu.

Czy przypuszczała Pani kiedykolwiek wykonując przez te lata różne prace, że zajmie się kiedyś zawodowo sztuką, co więcej – sztuką przypisaną Grekom?
Nigdy nie przypuszczałam, że tak się stanie, ale poszło mi to jakoś łatwo. Zaczęłam od łatwych rzeczy i prawda jest taka, że nic nie sprawiało mi trudności, bo sprawia mi to przyjemność. Robię to, co kocham. Kiedy maluję to nic innego mnie nie interesuje, nie liczę upływającego czasu. Mogłabym malować od rana do nocy. Moi bliscy czasem żartują ze mnie, jak to możliwe, że tak energiczna osoba może przez sześć godzin siedzieć i się nie ruszać. Mój syn, który zajmuje się biznesową stroną mojego malowania pyta często, jak coś wycenić. Mnie to nie interesuje, ja po prostu maluję i kiedy coś nowego powstaje wycena nie zaprząta moich myśli. Cieszę się, że to, co robię znajduję odbiorców na całym świecie. Mamy swój sklep w serwisie Etsy i nareszcie mogę zobaczyć dokąd trafiają nasze przedmioty. Kupujący piszą feedback, wstawiają zdjęcia z naszymi wazonami w swoich domach w Kalifornii, Brazylii, Australii. Wysłaliśmy je nawet na Malediwy. Właśnie po raz pierwszy wysłaliśmy nasze rzeczy do Chin, kupił je znany fotograf. Muszę zdradzić, że wypatrzyłam nawet nasze wazony w filmie „Aleksander” o Aleksandrze Macedońskim. Oglądamy film, a tam nagle pojawiają się nasze charakterystyczne, duże wazony pogrzebowe. To było kilkanaście lat temu gdy pracowałam jeszcze u kogoś. Te wazony to tzw. funery. Mają poziome paski, które są trudne do wykonania, wymagają specjalnej techniki. Na tych funerach musiałam precyzyjnie zrobić 526 pasków, wszystkie w odpowiednich odległościach. Po ich zrobieniu malowanie to już zabawa.

Odbiorcy są już na całym świecie, a jak wygląda sytuacja na greckim rynku, zagospodarowanym przecież przez wielu twórców?
Wybraliśmy się kiedyś z mężem na kawę na naszą ukochaną Plakę. Zajrzeliśmy do jednego ze sklepów, a tam cała półka moich wazonów. Robiłam wtedy geometriko, które jest dosyć trudne, a my byliśmy wtedy drudzy w Atenach w tej dziedzinie. Oglądamy te moje wazony, a w tym czasie podchodzi do nas właściciel Makis , wyjaśniając, że te akurat są takie troszkę droższe, bo to specjalny wzór trudny do wykonania. Na co mój mąż mówi „e tam, dla mojej żony to nic trudnego”. Zaczął nam tłumaczyć te zawiłości i dopiero po chwili zapytał, czy przypadkiem nie jestem tą Anną, Polką, która te wazony robi i pracuje dla niego przez pośredników. Śmiechom nie było końca i tak zaczęła się nasza bezpośrednia już współpraca. Dziś pracuję już tylko dla siebie.

Co było bodźcem do przejścia na własny rachunek?
Pandemia przyspieszyła tę decyzję. Uznałam, że na razie chcę pracować tylko dla siebie. Nie wykluczam, że nawiążę jeszcze jakąś współpracę, to zawsze stabilna sytuacja, ale i bardzo dużo pracy. Nigdy nie maluje się jednego wazonu, tylko pięć, sześć na raz. Trzeba czekać aż fragmenty wyschną, żeby móc malować dalej, więc w tym czasie maluje się kolejne. To trwa kilka godzin. W międzyczasie słucham polskich audiobooków, ostatnio skończyłam „Rodzinę Połanieckich” i „Znachora”, także gdy powstają wzory greckie, w tle brzmi polska klasyka.

Co jest znakiem charakterystycznym Pani twórczości?
Jak już wspomniałam początki były trudne, byłam samoukiem podpatrującym prace innych. Dzięki temu wypracowałam swój własny styl, zaczęłam robić coś, czego nie robili inni. Takim znakiem rozpoznawczym jest „koryntiako”, czyli wydrapywane zwierzęta i kwiatki. Jest to robione na wzór dawnego korynckiego sposobu malowania, ale to coś innego, naszego. Podobnie z wzorami kreteńskimi, które też bazują na klasyce, ale maluję w tym stylu np. delfiny, dno morza i to już całkiem mój charakter. Innym takim charakterystycznym elementem jest sowa. Poza tym bardzo lubię robić kopie muzealne, przy których należy pilnować wiernego oddania wzoru.

Co jest takiego w Grecji, że od lat przyciąga ludzi porzucających dotychczasowe życie i zaczynających tutaj wszystko od zera?
Luz. Absolutny luz i wolność. Robisz co chcesz, gdzie chcesz i kiedy chcesz. Bliskość morza na co dzień. Uwielbiamy pływać, w tym roku kąpaliśmy się ponad 200 razy. Życie płynie wolniej, nie ma tego pośpiechu. Nie ma takiej zbiorowej pogoni za pieniędzmi. Nie ma udawania, spięcia i zadęcia. Gdy odwiedzały mnie koleżanki z Polski, na początku pobytu wychodziły na poranną kawę przed domem w pełnym rynsztunku – makijaż, fryzura zrobiona. Po kilku dniach kawę piły w szlafrokach i śmiały się, że jest tutaj tak fajnie i panuje luz jak u Kiepskich! Tutaj naprawdę nic nikogo nie interesuje.
Nie lubię tych wszystkich podziałów, granic, gdy ktoś mnie pyta skąd jestem, odpowiadam, że z Ziemi. Wielu to śmieszy, ale ja naprawdę tak sądzę. Cieszę się ziemią, a tutaj naprawdę jest się czym cieszyć na co dzień. Życie mija, ale tutaj mija przyjemnie. Grecy dbają o relacje, o rodzinę, o przyjaźń, także w przysłowiowej biedzie. Po wypadku leżałam w szpitalu przez kilka miesięcy, odwiedziło mnie dwieście osób! W gronie naszych znajomych są Grecy i wiele innych narodowości, ale nie ma wśród nas podziałów na lepszych i gorszych. Jeden z najbliższych przyjaciół mojego męża to Syryjczyk. Trzydziestoletnia przyjaźń, podczas której słyszeliśmy mnóstwo historii, o których w telewizji się nie usłyszy. To uczy szacunku dla innych i różnorodności. Czasami leżę wieczorem w łóżku i myślę czy jeszcze czegoś mi w życiu brakuje. Uświadamiam sobie, że już wszystko mam. Mam dobrego męża, dobre dzieci, fajnych przyjaciół, dobre zwierzaki, swoją pasję, ciekawe życie, niczego więcej nie potrzebuję. To chyba najlepsze co można osiągnąć – stan, gdy nic więcej do szczęścia nam nie trzeba.

rozmawiała: Karolina Markiewicz
zdjęcia: Patryk Koliński