Fot. Lucjan Fogiel, Forum

Nie śpiewała, nie zdobywała medali na olimpiadach ani nie grała w filmach. A była jedną z najbardziej znanych mieszkanek Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej. Na jej tekstach miliony Polaków uczyły się poezji. Agnieszka Osiecka (1936–1997) odeszła 25 lat temu.
„Imponowało mi, że ją lubią w towarzystwie, że jest inna, śmieszna, że ma na każdy temat anegdotę, że może wyjechać na trzy dni, zostawić dom. I jej kariera. I że nie żyje z pieniędzy, które wydziela mąż” – wspominała jej córka Agata.

Ten styl życia cechował Agnieszkę już od czasu występów w Studenckim Teatrze Satyryków w latach 50. O to, by była dziewczyną światową, dbał jej ojciec, znany pianista Wiktor Osiecki. Posyłał córkę na naukę języków obcych, gry w tenisa, pływania, a planował wyszkolić ją jeszcze na pilota szybowca. Ze Związku Młodzieży Polskiej wyrzucono ją w 1953 roku, gdy nieostrożnie zareagowała śmiechem na żart, który kolega opowiedział jej w trakcie uroczystości żałobnych po śmierci Stalina. Z ZMP pożegnała się bez żalu. Nęciło ją już inne życie. „Nie mam głowy do dyplomu, do poziomu, zbiórki złomu. Nie, mnie nie zrozumie pan” – napisze potem w piosence.

„Czyś ty mi piosenka, czyś ty mi kochanka?”

Związała się z piosenką – to był jej prawdziwy żywioł. Okularnicy – piosenka z jej tekstem – wygrali pierwszy Festiwal w Opolu. „Wymęczeni, wychudzeni,/ Z dyplomami już w kieszeni,/ Odpływają pociągami,/ Potem żenią się z żonami./ Potem wiążą koniec z końcem/ Za te polskie dwa tysiące” – pisała o Polsce studenckiej. I tu pojawił się szkopuł, bo w pierwszej wersji tekstu Agnieszka napisała: „Potem żyją w jakimś mieście/ Za te polskie tysiąc dwieście”. Cenzor się żachnął: „Ja pani tego nie puszczę, żaden absolwent uczelni nie zarabia w Polsce Ludowej tysiąc dwieście!”. „A ile zarabia taki absolwent po studiach według pana?” – dopytywała autorka tekstu. „No, co najmniej dwa tysiące” – padła twarda odpowiedź. Agnieszka chwyciła w sekundzie, iż kopanie się z koniem nie ma sensu. I tak jak siedziała naprzeciw ważnego pana z cenzury przy ulicy Mysiej w Warszawie, wykreśliła ostatnie dwa wersy i wpisała: „Potem wiążą koniec z końcem/ Za te polskie dwa tysiące”.

Zresztą z cenzurą kłopotów było mniej niż z piosenkarzami, którzy często kaprysili. Tę piosenkę o „okularnikach” Agnieszka najpierw przyniosła Maryli Rodowicz, ale ta się skrzywiła: „Agnieszka, słuchaj, ja nie chcę śpiewać piosenek o zwierzętach”. Bo coś jej się pomieszało i zrozumiała, że o „okularnikach”, to znaczy o kobrach indyjskich, zwanych okularnikami z racji tych „binokli” na płaszczu, widocznych zwłaszcza wtedy, gdy wąż się wkurzy. Ale Maryla szybko zrozumiała, że w kwestii tekstów Agnieszki to ona już nie musi być „najmądrzejsza w całej wsi”. Brała, co jej podsuwano i najwyżej dodawała nieco czadu, gdy treść wydawała się zbyt słodka, czyli jak wówczas mawiała warszawka – „agnieszkowata”.

Na Festiwalu w Opolu w roku 1972 Maryla, w sukni typu banan własnego pomysłu, uszytej przez krawcową z samego Konstancina, i w wianku na głowie, zaśpiewała Małgośkę – jedną z, jak się z czasem okazało, najsłynniejszych polskich piosenek. Agnieszka komentowała: „Lepiej znam kobiety, doskonale je rozumiem. Jeśli na przykład spotkana na ulicy dziewczyna powiedziała mi kiedyś: »Mam w sercu bałagan jak w cygańskim tobołku« – to ja mniej więcej wiem, co tam się w tym sercu dzieje. A jeśli mężczyzna mi mówi: »Idę teraz na wódkę« – to już nie jestem taka pewna, co kryje się za tym prostym stwierdzeniem”. „Dla mnie to była błahostka o dziewczynie porzuconej przez kochasia” – mówiła Maryla. „Po latach zrozumiałam, że musiało być w niej coś więcej. Słowa Agnieszki, połączone z moim stylem śpiewania, ubierania się, stworzyły nową postać: dziewczyny wolnej, silnej, odważnej życiowo, kolorowej”.

Ten wizerunek wzmacniały kolejne teksty Osieckiej. Osiecka nazwała Marylę „Madonną RWPG” i traktowała jak ulubienicę, ale teksty pisała też dla wielu innych artystów. „Nie umiała być wierna. Miała charakter kota” – wspomina Magda Umer.

I tak Andrzej Dąbrowski śpiewał Zielono mi, Urszula Sipińska Weselne dzieci, a Skaldowie Króliczka. Ta lista wydaje się zresztą nie mieć końca…

Pierwszy krok w chmurach

Miłości i romanse Osieckiej bywały najpierw legendą środowiskową, a potem przechodziły na własność milionów obywateli PRL-u pod postacią plotki, bo tylko w tej formule można je było wtedy przeżywać. Przecież nie mogła o nich pisać ówczesna prasa kobieca w typie tygodników „Przyjaciółka” czy „Kobieta i Życie”.

Jedną z wczesnych miłości Agnieszki był Marek Hłasko, gwiazda młodej prozy połowy lat pięćdziesiątych. „Poznałam Marka w okresie »odwilży«, miałam dziewiętnaście czy dwadzieścia lat i w sprawach miłości byłam strasznie infantylna. Raz mi się wydawało tak, raz siak, wszystko było grą wyobraźni” – pisała po latach. Kiedy Agnieszka poznała Marka, był on już głosem młodego pokolenia. Dziesięć tysięcy egzemplarzy zbioru opowiadań Pierwszy krok w chmurach rozeszło się na pniu. Pożyczano je sobie z domu do domu na jedną noc, książki były zaczytywane aż do kompletnego zużycia. Sporo czasu spędzali z Markiem na imprezach Studenckiego Teatru Satyryków. Do legendy przeszły ich spacery po Kazimierzu nad Wisłą, które Agnieszka upamiętniła, fotografując Marka na Wzgórzu Trzech Krzyży górującym nad miastem. Marek Hłasko, wówczas ogromnie uczuciowo rozwibrowany, żył nadzieją, że właśnie przy Agnieszce, w której widział stateczną warszawską mieszczkę, ułoży sobie życie domowe. Bo co do życia artystycznego, to nie zamierzał rezygnować z nawyków „cygańskich”. Doszło nawet do oficjalnych zaręczyn, a związkowi przychylne były mamy z obu stron.

Agnieszka pisała do Marka z Mazur: „Chodzi o to, żebyś Ty na mnie liczył. Żebyś wiedział, żebyś zawsze wiedział, że Ty masz na świecie człowieka, do którego w każdy dzień, w każdym stanie i o każdej godzinie możesz przyjść. Chciałabym mieć duży dom pod wysokimi drzewami, żeby ten dom był Twoim dobrym miejscem na Ziemi”. O wspólny dom nie było jednak łatwo, bo oboje ciągle byli w rozjazdach. W dodatku Hłasko coraz częściej narzekał, że „odwilż” się kończy i partia już zaczyna dokręcać śrubę. Życie ułożyło się tak, że on wyjechał do Paryża w celach zawodowych, a Osiecka rzekomo w turystycznych, choć w gruncie rzeczy przebywała w siedzibie paryskiej „Kultury”. Oboje liczyli, że za granicą się połączą i uwiją sobie gniazdko na stałe. Tymczasem Agnieszka wróciła do kraju, nie wiedząc, że jej paszport został „zamrożony”, że w najbliższym czasie nie wyjedzie za granicę. I tak oto ich małżeństwo nigdy się nie dokonało, pomijając to – jeżeli wolno cokolwiek przewidywać – że byłoby ono dość burzliwe i zapewne krótkotrwałe. Po latach Agnieszka pisała: „Oboje graliśmy w jakimś spektaklu, ale chyba nie w tym samym”.

Starszy Pan i Małgośka

Płomienny romans połączył też Agnieszkę z Jeremim Przyborą, którego poznała na jednej z imprez w Studenckim Teatrze Satyryków zimą 1964 roku. On był wtedy gwiazdą Kabaretu Starszych Panów, ona dopiero początkującą autorką tekstów. Ona była rozwódką, on mężczyzną żonatym, w dodatku starszym od niej o dwadzieścia lat. Musieli się ze swym romansem ukrywać, choć pisywali do siebie często. Na przykład Przybora pisał z Paryża: „Owszem, ładne miasto, ale wybudowali je strasznie daleko od Ciebie, tak jakoś nieprzewidująco, i po co jeszcze ci Niemcy w środku?”. Przeszkody w trakcie romansu były także natury osobowościowej, ponieważ Jeremi był mężczyzną nad wyraz poważnym, dostojnym, niesłychanie silnie zorganizowanym, żyjącym niemal z zegarkiem w ręku. A Osiecka wręcz przeciwnie – z terminarzem i zegarkiem bywała na bakier, chadzała własnymi drogami i w żadnym razie nie była materiałem na żonę. Na tym tle dochodziło do konfliktów, więc Agnieszka pisała do Jeremiego z Londynu: „Ja ze swej strony postaram się wypełnić czas za Kanałem rozmyślaniami i pokutą. Nauczę się osobiście prać koszule, kupować jajka u Tomczyka, zrobię Ci sweterek na drutach i wyhaftuję ręcznik z napisem »Komu Pan Bóg daje, ten rano wstaje«. Kończę, bo czeka mnie dziś jeszcze przepierka, cerowanie i nieszpory”. Sam romans nie przetrwał jednak nawet roku i skończył się jesienią 1965 wymianą gorzkich listów, po których nastąpiło dość banalne rozstanie. Przybora pisał: „U Marty (córki) jest na przechowaniu Twój czarny kapelusz (z futerkiem ze zwierząt naturalnych). Jak będziesz tamtędy przejeżdżać, to wstąp i zabierz razem z płytą Aznavoura, też Twoją”. I już było pozamiatane.

„W październiku byłam jeszcze zielona, No a w marcu – już matka i żona…”

Jednym z mężów Agnieszki był Daniel Passent, znany wówczas szeroko publicysta tygodnika „Polityka”. Czytywano zwłaszcza jego ironiczne felietony, które podpisywał pseudonimem „Bywalec”. Dla Agnieszki rozwiódł się z żoną. Poetka i autorka tekstów fascynowała go, ponieważ sam wiódł życie ogromnie zdyscyplinowane, podczas gdy ona była wiecznie niespokojnym duchem. Nie przeszkadzało mu, że Agnieszka ma za sobą dwa małżeństwa, wiele romansów i związków. Mimo uszu puszczał też liczne głosy osób życzliwych, które odradzały mu wchodzenie w bliższe komeraże z poetką jako „kobietą fatalną”. Jednak Agnieszce zależało na związku z Danielem, ponieważ widziała w nim oazę spokoju, szansę na zakotwiczenie się w życiu, no i chciała, żeby był ojcem jej dziecka.

Zamieszkali razem we wspólnym domku w Falenicy. Passent wspominał: „Była skupiona na życiu przez duże Ż. Rzeczy, pieniądze, mieszkanie, dobra materialne, stan konta, zabezpieczenie na starość, emerytura, »kto mi poda szklankę herbaty« – to wszystko jej nie interesowało”. W 1973 roku urodziła im się córka Agata. Agnieszka pisała: „Piosenki mylą mi się z pieluchami, grabie ogródkowe z majtkami domowymi, a najgorsze – kwity i legitymacje, aż mi to wszystko fruwa”. No i dzieckiem zajął się praktyczny i zorganizowany Daniel, który świetnie sprawdził się jako rodzic. Pod koniec lat siedemdziesiątych wyjechali wszyscy troje do Stanów, gdzie Daniel Passent dostał stypendium na Uniwersytecie Harvarda. Agnieszka wytrzymała tam jednak tylko kilka miesięcy, ponieważ zakochana była już w innym mężczyźnie, młodszym koledze Daniela z redakcji „Polityki”. Po latach mówiła, że wybrała wolność, bo po prostu dusiła się w tej klatce. Wróciła do matki i, jak mówiła Katarzyna Gaertner – kompozytorka wielu piosenek z tekstami Agnieszki: „Była nieszczęśliwa, mieszkała cały czas na Saskiej Kępie. Ciepła rodzinnego szukała w naszym domu. Pisała, popijała, pracowała do końca”.

„O świcie każdy jest sam”

Nie angażowała się w opozycję lat siedemdziesiątych ani osiemdziesiątych XX wieku, o co wielu kolegów artystów i opozycjonistów miało do niej pretensje. Wolała pisać piosenki, bo – jak sama tłumaczyła – nie wyobrażała sobie dnia, w którym przekręciłaby gałkę radia i nie leciałaby z niego jakaś piosenka z jej tekstem. W dobie stanu wojennego ton jej piosenek stał się bardziej przejmujący. Pojawiły się w nich nuty nostalgii, a nawet tragizmu. W odpowiedzi na internowanie wielu swoich przyjaciół napisała song Pijmy wino za kolegów. Znajomi jednocześnie pamiętali, że: „Przed nią wszystkie drzwi w Polsce były otwarte. Mogła więc pomagać ludziom i często wyświadczała przysługi, uruchamiając w potrzebie legiony wpływowych przyjaciół i ustosunkowanych wielbicieli”. W czasie stanu wojennego wstawiła się na przykład u władz, prosząc o uwolnienie z internowania pisarza Janusza Andermana, i on sam wspominał później: „Spotkania z ministrem bardzo się bała, choć wmawiała sobie, że jako była pływaczka Legii z mundurami wojskowymi jest oswojona. Ale minister był w garniaku, a nie w mundurze, i to ją – jak opowiadała – obezwładniło i prawie odebrało jej mowę. Na koniec przeraziła się najbardziej, gdy usłyszała beznamiętne słowa »coś za coś«, lecz jemu zależało tylko na kasecie z piosenkami”.

„To wciąż za mało, moje serce, żeby żyć…”

Do dóbr materialnych nie była specjalnie przywiązana. Mawiała do jednej z przyjaciółek: „Pamiętaj, moralność kończy się powyżej trzydziestu metrów kwadratowych na Saskiej Kępie”. Kiedy porzucała kolejnego mężczyznę, zostawiała wszystko i wracała do mamy, zaczynając niemal od zera. Po prostu chciała pozostać „dziewczyną” tak długo, jak tylko się da. Miało to i tę konsekwencję, że przyjaźń z nią uchodziła za bardzo trudną, ponieważ nie umiała być wierna, nieustannie dokądś uciekała, zmieniała towarzystwo. Potrafiła z kimś przegadać serdecznie kilkukilometrowy spacer, potem nagle rozstać się i nigdy już do tej znajomości nie wracać. Pod koniec życia zaczęła nawiązywać znajomości „alkoholowe” i nie było to towarzystwo najwyższych lotów. Mawiano, że przyjaźń z Agnieszką nie trwa dłużej niż pięć minut, ale każdy, kto miał u niej to pięć minut, cieszył się, że się w ogóle załapał. Mówiła: „Dla mnie kicz to ani karuzela, ani łowiczanka w Cepelii, ani disco polo, ani nawet ja w swoich kapeluszach. Dla mnie kicz to taki człowiek, który udaje kogoś innego”. Ona sama mawiała: „Ja się rozwijam przez zdradę”. Znajomi oceniali: „Tacy ludzie pojawiają się równie rzadko, jak kometa”. Córka Agata powtarzała: „Mama była żywym przykładem genialnej agencji public relations. Gdyby wystartowała w polityce, na pewno wygrałaby wszystkie kampanie, bo zawsze mówiłaby elektoratowi to, co powinien właśnie usłyszeć, aby chętnie na nią głosować”.

Wiele razy planowała emigrację do USA. Zawsze jednak wracała z zagranicznych wyjazdów do domu na warszawskiej Saskiej Kępie. I do baru „Sax”, gdzie pisywała wiersze na papierowych serwetkach. Tłumaczyła się ze swych powrotów nad Wisłę: „Mam w sercu taką prywatną Polskę, która mi nie pozwala na emigrację. Język. W jakim języku mogłabym powiedzieć: Kto czeka na ciebie, łzą się bławacąc?”.

„Alkohol szkodzi zdrowiu, ale pomaga życiu”

O tym, że choruje na terminalnego raka, dowiadywała się etapami. Lekarze nie mówili jej wszystkiego, a ona sama też nie chciała przyjmować do wiadomości strasznej prawdy w całości. Jak najdłużej starała się trzymać fason, udawała przed wszystkimi, że jest zdrowa, że nie dolega jej nic poważnego. Chadzała tylko po kościołach, obojętnie jakiego wyznania, i wszędzie paliła świece przed głównym ołtarzem. No i toczyła ją już wtedy od wielu lat postępująca choroba alkoholowa. W jednej z piosenek notowała: „Nie cierpię swego pyska/ o czwartej na ranem/ gdy krwawe oko błyska/ po nocy pijanej…”. W jednym z wywiadów mówiła: „Alkohol pociągam nie dla jego walorów smakowych, ale dlatego, że daje ten »szmerek«, możliwość zrzucenie napięcia i przestania bycia sobą”. Może nie było tego alkoholu aż tak wiele, ale towarzyszył jej stale. Rano w kawiarence przy rondzie Waszyngtona był to tak zwany „dziń dobry”, czyli dżin z tonikiem, w południe pijała często „herbatkę”, czyli żubrówkę z sokiem jabłkowym albo na wymianę „haczyk” – pięćdziesiątkę koniaku pół na pół z cola-colą. Do tego zamawiała jeszcze zazwyczaj kawę „turbo”.

„Wyłączą nam prąd w środku dnia”

Pewnego poranka na początku lat dziewięćdziesiątych XX w. siedziałem z panią Agnieszką na tarasie jej domu na Saskiej Kępie, a był akurat maj i „Saska Kępa pachniała szalonym, zielonym bzem”. I w trakcie rozmowy pani Agnieszka przypomina, że napisała kiedyś piosenkę o balu i zaniosła ją Jerzemu Połomskiemu, bo on już kiedyś śpiewał o balu, że mianowicie – „cała sala śpiewa z nami”. Dopiero potem pokazała tekst Maryli. Ta przeczytała, z miejsca się zagotowała, zapakowała Agnieszkę do samochodu i jazda do Połomskiego. I dalej mu tłumaczyć: „Jurek, po co ci taka piosenka o balu, już jedną śpiewałeś, co się będziesz powtarzał. A ja o balu nie śpiewałam, to mi się przyda”. Udawała, że nie rozumie, jaka przepaść dzieli banalną rymowankę wyśpiewaną kiedyś przez kolegę od przejmującej liryki Agnieszki. A Jerzy Połomski był człowiekiem nad wyraz ugodowym, koleżeńskim i piosenkę oddał. No to teraz obie panie galopem do Seweryna Krajewskiego, żeby wymusić na nim muzykę do cudem pozyskanego tekstu. Seweryn też był ugodowy. Napisał. I tak już zostało:

„Niech żyje bal, bo to życie, to bal jest nad bale.

Niech żyje bal, drugi raz nie zaproszą nas wcale”.

Niestety…

Wiesław Kot

Tekst ukazał się na portalu „DlaPolonii”