Człowiek marzy i planuje dalekie podróże w nadziei, że znajdzie w tych miejscach wytchnienie, spokój i naładuje baterie.
Dziś czasy pokazały nam, że niekiedy tuż pod nosem mamy naszą oazę spokoju i nie trzeba przemierzać tysięcy kilometrów by poczuć wolność. Szukamy pięknych zakamarków wokół siebie tak by nasze wszystkie zmysły odpoczęły. Są ludzie, którzy odpoczywają wśród natury, podczas wysiłku fizycznego, pięknych krajobrazów. Do tej grupy należymy i my.

Dziś chcę Wam pokazać, że takie miejsca istnieją i mogą dać ukojenie.
Agia Triada – miejscowość, która praktycznie jest omijana szerokim łukiem. Nikt o niej nie słyszał, a tysiące ludzi przejeżdża obok niej codziennie autostradą. Dlaczego o niej nie słyszymy? Bo jest na uboczu, wciśnięta pomiędzy Elefsiną a Kinetą tuż obok Megara. Słyszeli o niej Ci, co wybierali się na Salaminę z pobliskiego portu, który znajduje się nieopodal. Muszę przyznać, że byliśmy bardzo zaskoczeni, kiedy odkryliśmy to miejsce.  Odkrycie to było przypadkowe.

Pewnego dnia wybieraliśmy się na rowery w stronę Loutrak. Nagle coś nam podpowiedziało, żeby zjechać z autostrady i pokręcić się po okolicy, zwyczajnie zobaczyć co tam się kryje. Za pierwszym razem odkryliśmy prom, który w 5 min przeprawia się na Salaminę wykonując przy tym „taniec promów”. Nie będę opisywać, to zdecydowanie trzeba zobaczyć.

W tym dniu przepłynęliśmy na Salaminę i ona już kolejny raz odkryła przed nami swoje piękne oblicze. Jednak zanim dotarliśmy na prom skręciliśmy w inną uliczkę i znaleźliśmy się na drodze prowadzącą do miejscowości Ag. Triada. Wtedy szybko zawróciliśmy, ale zauważyliśmy, że będą to fajne tereny na rower. Po kilku miesiącach wróciliśmy w to miejsce i nasz instynkt nas nie zawiódł.
A co zobaczyliśmy?

Mur chiński? Nie, ale mur był obronny zbudowany w 1818 roku i odegrał znaczącą rolę podczas rewolucji w 1821 r. Mur jest zachowany w dobrym stanie z wieloma bastionami. Przejechaliśmy go całego wzdłuż. Zajrzeliśmy wszędzie.
A co mnie przyciągnęło najbardziej do tej miejscowości? Wiem, że Grecja przoduje w ilościach kościołów, jednak ten bardzo mi się spodobał i zapragnęłam go zobaczyć z bliska.
Kościół Św. Konstantyna i Heleny (Άγιος Κωνσταντίνος και Ελένη). Bardzo piękny kościół, z którego możemy podziwiać spektakularny widok na okolicę.

Droga do kościoła prowadziła praktycznie przez całą miejscowość. Było naprawdę bardzo ciekawie. Niestety były miejsca, które wymagałyby trochę ręki człowieka i byłoby pięknie. Śmieci w niektórych punktach zostawiały niesmak. Jednak widoki na pobliskie wyspy: Salaminę i Evię rekompensują wszystko. Zbliżając się do celu, już z dala było widać piękny, duży i biały kościół, który na tle błękitnego nieba z białymi chmurami robił ogromne wrażenie. Długo staliśmy i przyglądaliśmy się. Kręte szare schody, biała fasada, błękit nieba to wszystko robiło niesamowity klimat.

Jeszcze chwilę kręciliśmy się po okolicy i dotarliśmy do końca drogi. Tam usiedliśmy na zniszczonej ławce i przyglądaliśmy się spokojnej tafli morza. Te widoki nigdy się nie znudzą. Tyle lat na nie patrzymy a za każdym razem czujemy zachwyt.

Przyszedł czas by wrócić do początku naszej drogi, bo tam zostawiliśmy sobie najciekawszą atrakcję w okolicy. Wracaliśmy brzegiem morza. Po drodze spotkaliśmy kilka ciekawych miejsc wartych uwiecznienia na zdjęciach.

W końcu dotarliśmy do parku mokradeł. Liczyliśmy, że zobaczymy stado flamingów, bo wiem, że w tym miejscu można je obserwować. Wydaje mi się, że pora dnia i roku jednak nam nie sprzyjała, bo udało nam się zobaczyć tylko jednego. Jednak jest to jedno z miejsc, gdzie ornitolodzy mają raj. Widzieliśmy również sporo fotografów, którzy próbowali uwiecznić niektóre gatunki ptaków w kadrach. My postanowiliśmy pojechać w głąb mokradeł. Do połowy można było jeszcze jechać rowerem, jednak w którymś miejscu musieliśmy zejść i uważać na swoje kroki. Nigdy nie było wiadomo, w którym momencie zrobi się głęboko.

Długo buszowaliśmy po tych mokradłach i okolicach. Mieliśmy świetną zabawę, więc postanowiliśmy skrócić sobie naszą zaplanowaną na początku trasę i pobyć w tym miejscu trochę dłużej niż planowaliśmy. Wypatrywaliśmy jakiś ciekawych ptaków. Niestety nie udało nic nam się upolować do kadru. Jednak sam spacer po tym miejscu wart był poświęconego czasu.

Vourkari lub Vourkadi w Megara to słone przybrzeżne tereny podmokłe, na których pomimo dużej presji działalności człowieka żyje wiele rzadkich gatunków ptaków. Vourkari znajduje się na południowy wschód od Megary, nad Zatoką Sarońską. Na południe od terenów podmokłych rozciąga się półwysep Agia Triada, na wschodzie rozciąga się Salamina, a na północnym wschodzie jest kanał wyspy z lądem. Jest to duża, zamknięta, płytka zatoka, której głębokość w przeważającej części nie przekracza jednego metra. Morfologia obszaru z półwyspami i wyspami chroni Vourkari przed prądami morskimi, oferując idealną ochronę dla wielu gatunków ptaków. Zatoka kończy się na płaskim solnisku, obszarze zwanym Almyra, który niestety od dziesięcioleci jest wypełniony domami wakacyjnymi i różnymi innymi budynkami. W „Vourkari” obserwuje się m.in. ponad 120 gatunków ptaków, że szczególnie istotną całoroczną obecnością czapli z gatunku Egretta garzetta (Lefkotsiknias), które nie występują na żadnym innym obszarze Attyki i są jednym z co najmniej dwudziestu chronionych (zgodnie z prawem wspólnotowym) gatunki ptaków odnotowane na tym terenie podmokłym.

Po pewnym czasie wyjechaliśmy na polną drogę, która prowadziła do pobliskich domów na terenie Almyra. Pojechaliśmy nią by zobaczyć tutejsze życie.
Jeżeli będziecie się wybierać w tamte strony to musicie uważać na psy. Jest ich tam naprawdę dużo i często biegają wolno. Na nas tylko szczekały, ale warto uważać. Na swojej drodze spotkaliśmy także osiołka. Nie byłabym sobą gdybym nie podeszła nie pogłaskała i nie zamieniła z nim kilka słów.

Znakiem na powrót do głównej drogi był odczuwany głód w brzuchu. Na całej trasie nie mogliśmy znaleźć żadnego marketu czy kiosku by zaopatrzyć się w jakiegoś batona czy wodę. Miejcie to na uwadze gdybyście chcieli spędzić tam czas.
Ruszyliśmy w stronę pobliskiej rybackiej wioski, gdzie mieliśmy nadzieję usiąść i coś przekąsić. Kierowaliśmy się w stronę Pahi (Πάχη). Po drodze mijaliśmy ogromne wojskowe lotnisko.

Jakie było nasze zdziwienie, kiedy wjechaliśmy do rybackiej wioski. Zbliżała się pora obiadowa więc każde wolne miejsce w każdej tawernie było już zajęte. Zapachy unoszące się w powietrzu jeszcze bardziej przypominały nam o naszym głodzie. Niestety nie znaleźliśmy wolnego miejsca. Postanowiliśmy pojechać dalej. Dotarliśmy do Kakia Skala (Κακιά Σκάλα). A co tu ciekawego odkryliśmy? Otóż w tej wiosce znajduje się drezyna rowerowa – Railbiking. Świetna dwugodzinna przejażdżka wzdłuż brzegu morza. Trasa ma 16 km bogatych w piękne, morskie krajobrazy.

A my tymczasem w końcu znaleźliśmy miejsce, gdzie mogliśmy zaspokoić nasz głód. Dojechaliśmy do Megara i tam przy ruinach fontanny (Κρήνη Θεαγένους) posililiśmy się i przy okazji dowiedzieliśmy się, co to było za miejsce.

Teagenes (gr. Θεαγένης ὁ Μεγαρεύς VII wiek p.n.e.) – tyran Megary. Był jednym z najstarszych znanych tyranów w starożytnej Grecji. Jako przywódca ludu wystąpił przeciwko oligarchii posiadaczy ziemskich. Podczas swoich tyrańskich rządów zbudował w Megarze słynny akwedukt i fontannę. Wsparł swojego zięcia Kylona podczas jego próby przewrotu w Atenach. Po jakimś czasie został wygnany przez Megarejczyków, a w mieście przywrócono rządy arystokratów. I przy tak ciekawym miejscu archeologicznym w środku miasta zaspokoiliśmy nasz wilczy głód.

Nadeszła pora by zakończyć naszą wycieczkę. Przejechaliśmy tylko 30 km a planach było 60. Mieliśmy świetną trasę. Ale to nie km wyznaczają nasze szlaki a szczęście, które czerpiemy z przebytych km. Te 30 km było dla nas bardziej wartościowe niż by były te 60 przebyte w szybkim tempie. Nie ominęliśmy samotnego pelikana! Stanęliśmy i zastanawialiśmy się czy jest przypięty do tego pala. Sprawdzimy to wiosną, kiedy tam wrócimy.

Ucięłam sobie pogawędkę z osiołkiem. Przemiła istota i mądra, jak koń tylko mniejsza. Był szczęśliwy, mimo że na sznurku uwiązany. Ale mieliśmy na to czas, bo nie km czynią nas szczęśliwymi a historie na trasie.

Mamy czas by stanąć, zachwycić się, złapać chwilę, która zostanie z nami na zawsze. Nie liczy się zegarek na mojej ręce pokazujący prędkość, kilometry czy puls mojego sercach. Nie to nas uszczęśliwia. Puls dnia, chwila pomiędzy kilometrami i szybkość wydarzeń na trasie jest moim sukcesem na rowerze.

Tego samego życzymy i Wam – radości z życia i szczęśliwych momentów na Waszej trasie.

Pozdrawiamy Sylwia i Paweł