„Po moim trupie będą panie chodziły na zoologię” – napisał jeden z krakowskich profesorów na podaniu pierwszych w historii tej uczelni kandydatek na studia. Kobiety jednak dopięły swego – rozpoczęły studia na farmacji jako wolne słuchaczki. Był rok 1894. Na uniwersytetach w Szwajcarii czy Francji Polki mogły uczyć się już od 30 lat. Jadwiga Sikorska, Stanisława Dowgiałło i Janina Kosmowska walczyły nie tylko z senatem UJ, ale także z konserwatywnym Krakowem i swoimi rodzinami.

Droga na krakowską uczelnię nie była prosta. Na przeszkodzie stały nie tylko przepisy, które uniemożliwiały kobietom podejmowanie studiów, ale przede wszystkim mentalność – uważano, że kobiety nie mają dość rozumu, by poświęcić czas nauce, a naturalnym miejscem ich wzrastania i doskonalenia się jest rodzina. Jednak rzeczywistość po powstaniu styczniowym, pauperyzacja społeczeństwa i upadek zamożności wielu polskich rodzin sprawiły, że praca zarobkowa kobiet była konieczna do utrzymania rodziny. Praca owszem, ale nie studia wyższe, bo te zarezerwowane były – tak sądzono – dla intelektualnie lepiej obdarzonych mężczyzn. Kiedy już pod naciskiem opinii publicznej i pod wpływem doniesień z innych krajów uczelnie na ziemiach polskich zaczęły otwierać drzwi pierwszym kobietom, stawiano im warunki nie do spełnienia.

Zanim Jadwiga Sikorska i Stanisława Dowgiałło trafiły na UJ, musiały odbyć trzyletnią praktykę w aptece. Nikt nie chciał zatrudnić ich nawet za darmo, ponieważ uważano, że wystraszą klientów, którzy nie będą chcieli kupować leków przygotowanych przez kobiety. Warszawski aptekarz, który w końcu zgodził się je przyjąć, schował je na zapleczu, gdzie pracowały bez wynagrodzenia. Janina Kosmowska miała więcej szczęścia – na praktykę przyjął ją najpierw aptekarz w rodzinnej Łęcznej, później trafiła do jednej z warszawskich aptek.

Choć wszystkie trzy bardzo dobrze zdały egzaminy na farmację w Warszawie, nie zostały przyjęte. Postanowiły więc spróbować swoich sił w Krakowie, gdzie miały do pokonania 60 kandydatek. W tym samym roku na studia na UJ próbowała dostać się Bronisława Skłodowska, siostra Marii, ale bez powodzenia.

Decyzja o przyjmowaniu kobiet na studia spotkała się z dużym sprzeciwem szczególnie w konserwatywnym Krakowie. „Precz z Polski z dziwolągiem kobiety lekarza!” – mówił podczas wykładów prof. Ludwik Rydygier, ówczesny autorytet w dziedzinie medycyny i patron wielu współczesnych szpitali. Stał on zresztą na czele oponentów decyzji o przyjmowaniu kobiet w senacie Uniwersytetu Jagiellońskiego. Z dystansem odnosiły się do tego także niektóre znane i szanowane wówczas kobiety. „Nie chcę kobiet lekarzy, prawników, weterynarzy! Nie kraj trupów! Nie zatracaj swej godności niewieściej!” – pisała Gabriela Zapolska.

Tak jak się spodziewały, ich obecność w salach wykładowych wywoływała poruszenie – koledzy witali je gwizdami i krzykami, wykładowcy z niedowierzaniem patrzyli na celująco zdawane egzaminy. „I na co paniom to wszystko? Powinnyście teraz wejść na wysoką górę, aby wam wichry całą tę naukę z głowy wywiały” – powiedział do nich jeden z profesorów.

Pierwszym krakowskim studentkom nie było łatwo także w kwestiach życiowych. Nikt wówczas nie chciał wynajmować stancji samotnym kobietom, ponieważ powszechnie uważano, że trudnią się prostytucją. O podjęciu jakiejkolwiek pracy dorywczej nie było mowy, a uczelnia nie przewidywała dla nich żadnego wsparcia. Na dodatek bardzo szybko były rozpoznawalne w mieście – robiono im zdjęcia, zaczepiano je na ulicy, podglądano w teatrze. Ze sprzeciwem spotykały się także w swoich rodzinach: „Żaden kawaler się do ciebie nie zbliży, bo będzie cię czuć karbolem i jodoformem!” – usłyszała w swoim domu Jadwiga Sikorska.

Przyszłe farmaceutki miały także problem z uzyskaniem dyplomu. By mogły zdawać egzaminy zawodowe, które uprawniały je do samodzielnej pracy w aptece, musiały prosić o zgodę cesarza w Wiedniu. Jadwiga zdążyła w tym czasie wyjść za mąż za lekarza i polityka Zygmunta Klemensiewicza i urodzić dzieci. Stanisława wyjechała do Moskwy, gdzie zdała egzamin na prowizora farmacji, a Janina Kosmowska otworzyła w Krakowie nowoczesną fabryczkę kefiru. Kiedy prof. Wierzejski, który po swoim trupie miał przyjąć studentki na wykłady, spotkał na ulicy Sikorską z dziećmi, miał powiedzieć, że jednak „spełniała swoje przeznaczenie”, a nawet zapytał, „na co jej się zdało to całe aptekarstwo”.

Uzyskane z takim trudem dyplomy zawierały adnotację, że ich posiadaczki nie mogą pracować jako farmaceutki na terenie zaboru austriackiego. Jadwiga Sikorska obeszła te przepisy, zakładając pierwszą w Krakowie drogerię, gdzie pracowały tylko kobiety. Drogerie, nazywane składami aptecznymi, mogły sprzedawać leki, a także artykuły higieny kobiecej i środki do pielęgnacji niemowląt. „Skład apteczny magistra farmacji J. Klemensiewiczowej” działał w Krakowie do wybuchu I wojny światowej.

Janina Kosmowska od razu po studiach wzięła sprawy w swoje ręce, zakładając pierwszą w Krakowie wytwórnię kefiru. Stanisława Dowgiałło na wiele lat schowała dyplom magistra farmacji do szuflady, by zajmować się rodzinnymi posiadłościami w Kurlandii. Wszystkie trzy spotkały się ponownie w 1920 roku w Krakowie. Kosmowska i Sikorska podjęły pracę jako taksatorki recept w okręgowej kasie chorych, a Dowgiałło dołączyła do nich, kiedy jej majątek został rozparcelowany w wyniku reformy rolnej na Łotwie.

Choć zaczynały studia tylko trzy, już trzy lata później, w 1897 roku, na Uniwersytecie Jagiellońskim studiowało ponad 100 kobiet, a ich obecność nikogo nie dziwiła. Niechętnie natomiast patrzono nadal na kobiety z aspiracjami naukowymi. Pierwsza asystentka została zatrudniona w 1904 roku, a do 1914 było ich zaledwie 10. Pierwsze kobiety z tytułem profesora pojawiły się dopiero przed wybuchem II wojny światowej.

Jolanta Pawnik

Tekst ukazał się na portalu „DlaPolonii”